piątek, 18 lipca 2014

8. "Bo ja się w tobie chyba zakochałem."


                - Jula, mam do ciebie sprawę.

                Piorunuję Michaela doprawdy dość wymownym spojrzeniem, które już teraz powinno przewrócić go na wykładaną ciemnymi panelami hotelową podłogę, ale tego nie robi, co kompletnie nie powinno mieć miejsca. No przynajmniej według mnie. Niemniej moje niemałe przerażenie i zdenerwowanie tymże faktem, skutecznie ukrywam pod maską obojętności, zatapiając wzrok w prestiżowym magazynie na temat mody. No co no?! Naprawdę podobają mi się te pudrowe spodenki! Zerkam na cenę i z wrażenia muszę aż gwizdnąć.

                - Julka, ja potrzebuję z tobą porozmawiać.  – głos chłopaczyna ma niemalże zrozpaczony, co odbija się iście ciekawskim echem w mojej łepetynie, dlatego długopisem zaznaczam stronę, na której skończyłam i odkładam gazetę na stolik stojący obok mnie. Wyciągam nogi oraz ręce przed siebie, ponieważ moje kończyny już dawno zdążyły zdrętwieć; nie moja wina, iż dla kogoś, kto by na mnie patrzył (w tym wypadku Michaela rzecz jasna) wyglądam jak zadowolona kotka. Podnoszę oczy na tego kogoś, kto cały czas sterczy mi nad głową, przybierając na usta coś na kształt uroczego uśmiechu.

                - Mów.-  rozkazuję szybko, ale momentalnie zauważam, że słowa te paraliżują chłopaka kompletnie, gdyż jego sylwetka staje się prosta jak struna. Mimo wszystko cieszę się, iż w taki sposób działam na przedstawicieli płci przeciwnej.

                - No bo… Tak. Julka, ja…

                Gdzieś tam w myślach zastanawiam się, dlaczego pokarano mnie takim nieszczęsnym losem, ale naprawdę staram się być miła i taka no… do życia, więc cierpliwie w ogóle się nie odzywam, co jest moim małym, osobistym zwycięstwem. Cierpliwość to jedna ze cnót w końcu, nie?  Prawą dłonią sięgam po soczek malinowy stojący obok mnie.

                -  Bo ja się w tobie chyba zakochałem.  – wypala na jednym oddechu, a ja, jak na zawołanie, krztuszę się, wskutek czego ciemnoróżowa ciecz ląduje na moim nowiutkim, białym podkoszulku. Jakże inaczej mam zareagować na takie wyznanie, tak?

                - Cholera, Michael odkupujesz mi tą bluzkę! – gwałtownie podrywam się z miejsca, na którym do tej pory siedziałam i palcem wskazującym pokazuję na to coś, co zdobi materiał. – Nie daruję ci tego! Wiesz ile ona kosztowała?!  Majątek, kuźwa! Wypłaty ci zabraknie!

                Gniewnie przechadzam się w tą i z powrotem; w myślach analizuję to, co usłyszałam. Nie zwracam najmniejszej uwagi na chłopaka, który momentalnie zmienił swą pozycję na coś podobnego do zbitego dziecka, ponieważ cały się skulił. W kącie na dodatek. Od czasu do czasu piorunuję go spojrzeniem.

                - Ja ci tylko powiedziałem, że cię kocham!  - odwaga w końcu staje się sojuszniczką Michaela, ponieważ wypowiada całe zdanie poprawne pod względem składniowym i na dodatek zakończone jest ono wyraźnym wykrzyknikiem.

                - Tak? A to niezwykle ciekawe. Chętnie posłucham tego, co masz jeszcze do dodania.

                Wrastam w ziemię. Dosłownie. Bo to bynajmniej nie ja wypowiadam te słowa, a mój rozmówca raczej nie mówi sam do siebie. Niepewnie odwracam się, starając się przybrać niezwykle pewny wyraz twarzy, niemniej chyba mi to nie wychodzi, gdyż zauważam Wellingera stojącego na progu hotelu, który nonszalancko opiera się o framugę szeroko otwartych drzwi. Przez moment stoję jak skamieniała, starając się przypomnieć sobie o względnie normalnym oddechu, jednak to raczej niemożliwe, bo ta potraktowana letnim wiaterkiem blond fryzura działa na mnie lepiej aniżeli czerwona płachta na byka.

                Nie jestem w stanie nawet otworzyć ust, choć staram się ja tylko mogę. Mam nieodparte wrażenie, iż stapiam się ze ścianami i podłogą, niemniej nie do końca wiem, jak to jest możliwe. Moje serce podślizguje mi się do gardła oraz zahacza o górną część szczęki.

                Michael pewnym i niezwykle stanowczym krokiem podchodzi do Andreasa, jednakże przy wzroście skoczka (Boże! Jak ja nienawidzę tego wymownego słowa!), wygląda jak słaby i chorowity karzełek, a mnie  - mimo wszystko – chce się śmiać z tego przekomicznego obrazka, choć już po chwili żołądek zaczyna wywracać mi się do góry nogami, bo to, co widzę, nie zapowiada niczego dobrego.

                Wręcz przeciwnie.

                - A kim ty niby jesteś, co?  - pytanie to zadaje mój współpracownik, mierząc Wellingera nienawistnym spojrzeniem; w sumie nawet się z tym jakoś specjalnie nie ukrywa. Po prostu patrzy mu prosto w te przepełnione płynnym błękitem i irytacją tęczówki, mając nadzieję na to, że po chwili zastąpią je czarne, puste oraz dymiące dziury wypalone właśnie przez niego.

                Automatycznie przymykam powieki, ponieważ nie chcę patrzeć tą, rozgrywaną przez dwóch zazdrosnych samców, scenę.  Co nie zmienia faktu, że – choć nie widzę – słyszę wszystko doskonale.

                - Kim ja jestem?! – Andreas prycha Michaelowi prosto w twarz – Jej ukochanym! Ot co! I jakoś nie przypominam sobie, by było nas dwóch!

                - Tak? Ja też! – wrzeszczy ten drugi. Jestem niemalże pewna, iż gdyby te jego wrzaski mogły przyjąć postać tasaka, mój były chłopak na pewno już dawno leżałby w prosektorium. Dochodzę do wniosku, że muszę ich jakoś rozdzielić, bo inaczej prochy jednego będę mogła zakopać pod tymże hotelem, a drugiego rozsypać na skoczni. Próbuję na szybko ocenić sytuację i dochodzę do wniosku, iż mam jeszcze dosłownie sekundę do wybuchu, więc momentalnie rozglądam się dookoła siebie, by znaleźć coś, co mogłoby mi dopomóc. I znajduję! A jakże! (Przecież zaradna Julia wybrnie z każdej, nawet tej najgorszej, sytuacji).  Kij od mopa, który wystaje zza lekko uchylonych drzwi, na których widnieje jakże wdzięczny napis: „pomieszczenie gospodarcze”, wydaje mi się odpowiednim narzędziem, więc nie mija chwila, a ja już dzierżę go w swej delikatnej dłoni. Później stanowczym krokiem podchodzę do wciąż mierzących się nienawistnym wzrokiem panów, następnie zaś po prostu wkraczam pomiędzy nich, tłukąc ich boleśnie po zaciśniętych w pięści łapach.

                - Zgłupieliście do reszty? – pytam na pozór spokojnym głosem, w którym jednak bez problemu można wyłapać strachliwą nutkę. – Tak mi na pewno nie zaimponujecie.

                Od początku mogłam spodziewać się tego, iż moje wkroczenie podziała tylko i wyłącznie na Michaela, gdyż chłopaczyna z reguły jest potulny jak podhalański baranek, z kolei Andreas od zawsze uparty był niczym najgłupszy osioł, co mogę połączyć jeszcze ze szczególną zawziętością (jak powszechnie wiadomo  - daje to mieszankę iście wybuchową).

                Szatyn patrzy na mnie z lubością. Po raz ostatni tylko posyła Wellingerowi niemą groźbę, z kolei ten drugi zachowuje się tak, jakby to, co powiedziałam, obeszło go koło dupy (No ja przepraszam za niezwykle brutalne i doprawdy niegrzeczne wyrażenie, ale nie mogłam się powstrzymać.), ponieważ wymija mnie, ponownie zbliża się do Michaela, a następnie po prostu wali go w pysk.

                Z moich ust wydobywa się jeden, przeciągły okrzyk, niemniej jest on chyba niezbyt konieczny, bo chłopakowi nic się nie stało. Jednak skoczek nawet nie odwraca się, by to sprawdzić. Po prostu – jakby nigdy nic! – wychodzi z naszego hotelu bez ani jednego słowa, co doprowadza mnie do szału.

                A trzeba wiedzieć, że wkurwionej Julki bać się raczej należy.
 
________________________________________
Skończę to w te wakacje. Skończę. Obiecuję. Muszę.

niedziela, 1 czerwca 2014

7. "I nie zapomnij, że jesteś mi winien lody truskawkowe. Podwójną porcję."


Włosy wiążę na czubku głowy, zakładam okulary koloru wiadomego, króciutkie spodenki, top na ramiączka i postanawiam się przejść. No bo przecież nie mogę cały czas pracować, prawda?  Michael poradzi sobie dużo lepiej sam niż ze mną.

Przynamniej moje nogi nie będą go rozpraszać. Jeszcze by chłopaczynie oczy na wierzch wyszły, a biorąc pod uwagę, że w moim osobistym mniemaniu jest mamutem, to raczej nie byłoby mu z nimi do twarzy. Nie żeby coś, oczywiście jestem skłonna zatelefonować do jakiejś inspekcji, która zajmuje się ostatnimi przedstawicielami gatunków ewidentnie wymarłych, ale mimo wszystko – szkoda by mi go było. Jakoś tak.

Szybko, więc wychodzę z hotelu i postanawiam po prostu pospacerować. Tak byle gdzie, niewiele mnie to obchodzi, gdzie zaniosą mnie myśli.

Słońce praży niesamowicie, tudzież postanawiam skierować się do pobliskiej budki z lodami. Wspomniany przeze mnie budyneczek jest widoczny już z daleka poprzez wielki, żółty, neonowy napis, który wymownie sugeruje, że zakupię tu moje ukochane gałki o smaku truskawkowym. Uśmiecham się też, gdyż w mym najbliższym otoczeniu nie ma ani jednej żywej duszy, ponieważ – najwidoczniej – tylko ja wpadłam na pomysł, by w samo południe łazić po miasteczku. Bardzo dobrze.

Niczego nie podejrzewam, gdy gdzieś za moimi plecami słyszę nadjeżdżający samochód. Jasne, może i zdaję sobie sprawę z tego, iż porusza się on dosyć wolno, ale mój ekstra głupi mózg nie dopuszcza do siebie jakichkolwiek pokładów logicznego myślenia. Dlatego też dzieje się to, co się dzieje.

Nim się orientuję, auto staje obok mnie, ale nie jestem w stanie zobaczyć kogokolwiek, gdyż momentalnie na moją głowę zostaje narzucony jakiś worek pachnący  - przynajmniej według mnie – stęchlizną, a ja sama jestem zaciągnięta na tyle siedzenie.

Staram się szarpać, bić, wyć, krzyczeć o pomoc – nic to jednak nie daje, no bo jakim cudem mają mnie usłyszeć puste ulice?

Samochód rusza.

- Proszę, proszę, kogo my tu mamy. – odzywa się ten, który siedzi najbliżej mnie, swoimi dłońmi krępując mi nadgarstki. – Nie chciała przyjść góra do Mahometa, to Mahomet musiał sam się pofatygować, by wyjątkowo upartą górę przywlec do siebie.

W pierwszej chwili zamieram, później zaczyna kumulować się we mnie wściekłość, a następnie po prostu zaczynam się śmiać. No i co z tego, że ten wór skutecznie tłumi wszelakie dźwięki, które z siebie wydaję? Jakoś nie robi mi to większej różnicy.

Pieprzony Wellinger.

Nie uważam, bym była specjalnie zagrożona, choć  - jakby nie patrzeć – nie mam zielonego pojęcia, kto kieruje samochodem, ani gdzie jadę. Do końca podróży siedzę już cicho i względnie grzecznie. No ewentualnie czasem kopnę Wellingera w łydkę. Dlaczego? Ot tak, bo mi się po prostu podoba.

Cała podróż nie trwa jakoś specjalnie długo. Nadal nie mogę zidentyfikować kierowcy, ponieważ pozostaje niemową, ale gdy tylko silnik kończy swą pracę, słyszę, że Wellinger otwiera drzwi (jedną ręką, drugą nadal trzyma moje dłonie), a chwilę później jestem już na zewnątrz i mogę  - choć przez te dziury w worze, które zapewne zrobiły myszy – odetchnąć świeższym powietrzem. Nie jestem jednak aż taką idiotką, bym mogła się łudzić, że na nim pozostaniemy, gdyż nie mija minuta, a ja wyczuwam, że znajduję się w jakimś wyjątkowo dusznym i na pewno ciemnym miejscu.

- Tylko mnie nie bij czy coś. – ostrzega ten popieprzeniec, a ja prycham pod nosem, choć on na pewno nie jest tego świadomy. Po chwili czuję jak zwalnia uścisk na moich nadgarstkach i zdejmuje mi wór z głowy.

Odskakuję od niego jak oparzona i rozglądam się dookoła.

                - Kurwa, bunkier.

                Wellinger uśmiecha się szeroko, ukazując dwa rzędy idealnie białych zębów. Mógłby grać w reklamach past do zębów Colgate czy coś. No ewidentnie.

                Stop, Jula.

                Cofam się jeszcze bardziej.

                - Przepraszam.

                Podnoszę momentalnie głowę do góry, natrafiając na jego  - chyba – szczere spojrzenie. Nie wiem, co mam o tym sądzić, więc przerywam jak najszybciej kontakt wzrokowy. Moje buty są w tamtej chwili dużo ciekawsze.

                - Julka, ja wiem, że cię zraniłem, ale proszę, daj mi szansę. Chociaż się postaraj.

                Podnoszę brew do góry, uśmiechając się ironicznie. Być może wiem, że robię źle, ale nic nie mogę na to poradzić. Zamiast tego mówię:

                - I ta twoja szansa ma polegać na tym, że porywasz mnie, kiedy ja chcę sobie kupić moje ukochane lody i wywozisz do miejsca, które w każdej chwili może się zawalić, przygniatając nas kompletnie? Nie wiem czy pomyślałeś, ale to coś może nas zabić.

                Jestem z siebie względnie dumna, bo przecież był moment, gdy myślałam, że nie wypowiem ani jednego słowa, a tu proszę – wykład elegancki.

                - Przynajmniej zginiemy razem. – mówi mój towarzysz, a mi po prostu opadają ręce. Niemniej zamiast się poddać, podchodzę do niego energicznym krokiem z zamiarem zamachnięcia się na niego, ale on widocznie przewiduje mój zamiar, gdyż moja ręka zostaje zatrzymana mniej więcej w połowie drogi do jego twarzy.

                A później dzieje się coś czego zupełnie nie przewiduję, gdyż nim się w ogóle orientuję w całej sytuacji, on popycha mnie na ścianę, a później  - najzwyczajniej w świecie - całuje. Oczywiście w pierwszej chwili mam ochotę go odepchnąć, pieprznąć w łeb, ukręcić kark, kopnąć w jaja czy wyrwać wszystkie włosy z czaszki, ale nic takiego się nie dzieje. Zamiast tego po prostu najpierw stoję jak sparaliżowana, a później się po prostu poddaję, oddając pocałunek.

                Choć nie powinnam.

                Brawo, Julka. No brawo. Wszystko spieprzyłaś. A nie pamiętasz, co on ci zrobił? Naprawdę zapomniałaś? No to sobie teraz przypomnij.

                Serce mi staje. Moje sumienie ma rację.

                Przerywam to zbliżenie odpychając go stanowczo od siebie, następnie zaś mówię:

                - Zabierz mnie stąd! I nie zapomnij, że jesteś mi winien lody truskawkowe. Podwójną porcję.

                To, że Wellinger ponownie promiennie się uśmiecha, doprowadza mnie do jeszcze większego szału.
 
____________________________
Kajam się niezmiernie nisko przed wszystkimi fanami Juleczki. Całuję Was też po stopach i takie tam.
To coś na górze powstało przed chwilą mniej więcej w pół godziny, więc wybaczcie wszelakie niedociągnięcia. Ja wiem, że to jest marne, ale na nic więcej dziś mnie nie stać, bo muszę wracać do polskiego, na dodatek jutro mam egzamin wewnętrzny w ośrodku na prawko. Znaczy taki już po jazdach, ale nie taki właściwy, ten pewnie w kolejnym tygodniu albo nawet za dwa. Zobaczy się.
Dobra, Aniołeczki moje kochane.
Ja uciekam, pisać charakterystyki bohaterów "Ludzi Bezdomnych". Wiem, wiem - zajecie iście fascynujące.
Buziaki! :*

piątek, 21 lutego 2014

6. "Możesz teraz nauczyć się kolorów."


                Uśmiecham się do Michaela najpiękniej, jak tylko potrafię. Jasne, wiem, że tym samym daję chłopakowi jakieś tam nadzieje. Oczywiście. Niemniej, co mam poradzić na to, że jest mi po prostu potrzebny?
                Tak, więc szczerzę do niego zęby jak ostatnia idiotka, a on – w końcu, po wielu mych trudach i znojach – mnie zauważa. Zwycięstwo.
- Michi, wiesz, że cię szalenie lubię? – pytam, nim zdążam się ugryźć w język, a on podnosi głowę i patrzy na mnie tak, jakbym oznajmiła mu, że jutro się pobierzemy. Czyli z uwielbieniem.
                Kurwa mać.
                Dobra, nieważne. Zaczęłaś, Julia to teraz brnij w to coś dalej.
- Wiem. A jaką przysługę tym razem mam ci wyświadczyć?
                Śmieję się. No bo co mam niby robić w takiej sytuacji, tak? No właśnie. Przecież trafił chłopak w sedno. Opanowuję jednak śmiech, pochylam się nad blatem pięknie demonstrując mój biust (uprzednio zadbałam o to, by dekolt był odpowiedniej wielkości), następnie zaś – najseksowniej jak tylko potrafię – mruczę:
- Widzisz, rybeńko, czytasz mi w myślach. Z nas to jednak są pokrewne dusze, nie sądzisz?
 
*
- Julka, a ty nie uważasz, że w różu to mi jednak nie jest do twarzy?
                Pytanie to oczywiście zadaje Michael, no bo któż by inny. Kręcę, więc przecząco głową, starając się, by peruka, którą próbuję wcisnąć mu na łeb, wyglądała jak najbardziej naturalnie,  a konkretniej, by przypominała moje kudły. Ja wiem, wiem, wiem, wiem, naprawdę wiem, że jestem podła, ale mimo wszystko – uśmiecham się delikatnie pod nosem, a w duszy odprawiam szamański taniec zwycięstwa.
                Bo przecież Wellinger jest na tyle głupi, że z daleka nie zauważy żadnej różnicy. Od zawsze biedaczek był daltonistą. Aż cud, iż na belce startowej kolory światełek odróżnia. Chyba. Może po prostu patrzy na Schustera. Mniejsza o to.
- Uważam, że wyglądasz jak… - zaczynam, spoglądając w lustro, przed którym usadziłam tego nieboraka i przekręcając głowę na boki, by lepiej ocenić końcowy efekt – słodki króliczek playboya. Mogę dorobić ci uszka, jeśli chcesz.
                Oj. Chyba przesadziłam. Michael podrywa się do góry i już sięga dłonią, by zniszczyć moje misternie wykonywane dzieło. W dosłownie ostatniej chwili łapię go za nadgarstek.
- Zostaw to! – niemal wrzeszczę, a następnie dodaję uspokajająco – Skoro ty masz różowe włosy i jesteś króliczkiem, to ja też nim jestem. A króliczki lubią się rozmnażać.
                Chłopak patrzy na mnie dziwnie, a ja momentalnie wyjaśniam:
- No co? Ja tylko mówię to, czego nauczyłam się na lekcjach biologii. Powinieneś być ze mnie dumny, że byłam pilną uczennicą.
                Ponownie demonstruję wszystkie me zęby w uśmiechu, który ma złagodzić te męskie, niemal zatwardziałe serce, a on się godzi na to, by mój wielki i genialny plan wcielić w życie.
                Odnotowuję kolejne zwycięstwo.
                Panie Wellinger – osobiście zadbam, by nauczył się pan kolorów.
                Obiecuję.
 
*
                W umówionym miejscu jesteśmy już czterdzieści minut przed czasem. No bo przecież nie możemy ryzykować tego, że nie zdążę się schować, a Michael odpowiednio usadzić. Tyłem, by Wellinger nie zauważył, że to nie jestem ja.
                Ogółem, więc rzecz ujmując, sprawdzam, czy z daleka ktokolwiek spostrzegłby różnicę i stwierdzam, że owszem. Inteligentny człowiek tak – nie ten debil, który udaje skoczka, więc zadowolona pokazuję chłopakowi uniesiony do góry kciuk i lezę schować się za bujny krzaczek.
Nie, nie siusiać, proszę tu nie wyobrażać sobie niewiadomo czego.
Okrywam się kocykiem, bo dzień mamy wyjątkowo chłodny i siedzę wygodnie z błogim uśmiechem na ustach. No dobra – Michaela wcale mi nie jest szkoda. Zgodził się, to niech teraz marźnie. Doprawdy to nie moja wina, że każdemu facetowi, gdy tylko ujrzy kawałek gołego cycka, odbija palma, a oczy świecą się jak nowiutkie, polskie pięciogroszówki. 
Mniejsza już o to, bo z moich skrupulatnych obserwacji jasno wynika, iż zbliża się ten, którego oczekuję. Tak jak myślałam – przed czasem.
Wiem też, że muszę swój plan wcielić w życie. Bo jak zbyt szybko zorientuje się w całej sytuacji, może mi się nie udać. Nie, wróć – przecież porażki absolutnie nie przyjmuję do świadomości.
Delikatnie wysuwam się zza mej zielonej fortecy, niemniej ciężar w mych dłoniach jest niewyobrażalny. Jula, najwyraźniej musisz popracować na siłowni w najbliższym czasie i poprawić kondycję fizyczną.
Nie. Absolutnie nie.
Dobra. Nieważne.
Widzę, iż on podchodzi do Michaela.
Widzę, że mówi coś do niego już z daleka. Dobrze, że uprzedziłam go, by pod żadnym pozorem się nie odwracał. Uśmiecham się szeroko. Uda się. Musi się udać. Nie ma innego wyjścia.
Wyraźny punkt kulminacyjny całej sytuacji?
Ewidentnie moment, w którym ten człek kładzie dłoń na ramieniu mojego „współpracownika”.
Boże, jaki idiota.
- Ponoć jestem dla ciebie taka ważna, a mylisz mnie z pierwszą lepszą istotą o różowych włosach, Wellinger.  – śmieję się tuż za jego plecami, a gdy zdezorientowany chłopak, w przeciągu dosłownie minimalnego ułamka sekundy, odwraca się twarzą do mnie, na jego głowie ląduje wiaderko rozrobionej, różnokolorowej farby.
- Co do…
                Wybucham niepohamowanym chichotem, gdy widzę jego sylwetkę ozdobioną cieknącą cieczą. Oraz te malutkie kropelki, spadające z misternie ułożonej grzywki  - debil myślał, że to będzie randka – i kapiące mu prosto na czubek nosa.
                Postanawiam, więc ozdobić go jeszcze bardziej, a już po chwili drugie wiadro, a konkretniej jego zawartość, elegancko ochlapuje mu kurtkę i spodnie.
Masz cela, Jula.
Ja sama zaś podchodzę do niego tak blisko, iż … -  nie, nie powiem, że czuję zapach jego perfum czy jakiś tam ładunek elektryczny, który przeskakuje między naszymi ciałami – iż… boję się, że upaćkam się farbą. A przecież ta bluza jest nowiutka. W każdym bądź razie staję na palcach i szepczę do ucha wciąż zamurowanego chłopaka:
- Możesz teraz nauczyć się kolorów i mam nadzieję, że przez ten czas przestaniesz mnie gnębić swoją antyinteligentą osobą, Wellinger.
____________________________
No więc...
Jaki ten rozdział jest wymuszony..
O masakra.
I mi się nie podoba. I w ogóle.
 
 
 

poniedziałek, 27 stycznia 2014

5. "[...] Zje mnie! Kostek nie wypluje! Sercem się będzie rozkoszować!"


                Czasem zdarza się, że Michael po prostu zachoruje. Cóż, wydawać by się mogło, iż takiego to nicponia mamusia już przed laty zdążyła porządnie otulić jaką niewidzialną kołderką ochronną; na przykład jak w reklamach tych wszelakich tandetnych środków przeciwgorączkowych, a tu bęc, jakiś potworny, uzbrojony w miecz i tarczę wirus wkradł się do delikatnego ciałka i po sprawie.  Ajć, rozgadałam się, a miałam zacząć mówić z sensem. Otóż… choroba tego człowieka równa się czemu? Tak, tak, pewnie już każdy się domyśla – mojej ciężkiej pracy. Na pewno już wkrótce umrę. Przecież ostatnio nawet w telewizji słyszałam, że jakaś laska zmarła z przepracowania. Ja będę kolejną ofiarą tej niebezpiecznej pułapki, już to czuję.

                Poproszę tylko o jakąś ładną, dębową trumnę, dobrze? Ale żebym miękko w środku miała! Różowy atłas da się załatwić? Byłabym naprawdę wdzięczna! I poduszkę bym prosiła wypchaną gęsim pierzem… jak na mnie to przecież są niewielkie wymagania, prawda? No właśnie…

*

Siedzę za recepcją i załamana przeglądam jakieś papiery, które mówią mi - co najwyżej – niewiele. No tak, bo tym zwykle zajmowała się ta mysz. Na choroby się temu czemuś zabrało, jeszcze  ten niecny występek popamięta, już ja się o to postaram. Śmieję się w duchu, a humor momentalnie powraca do mego ociężałego już ciała.

- Juleczkooooo!

                Głośne stukanie w drewniany blat wyrywa mnie z przyjemnych myśli na temat zemsty na Michaelu, momentalnie próbuję przypomnieć sobie, skąd znam ten głos, ale oczywiście wszystko całe życie musi być przeciwko mnie, tudzież i pamięć wyraźnie stroi sobie ze mnie figle. Podnoszę, więc wzrok, by nad sobą ujrzeć jakąś poczwarną, uśmiechniętą ode ucha do ucha gębę. Na pewno mi nieznaną.

                Przełykam głośno ślinę.

- Słucham pana? – pytam, przyjmując najbardziej służbowy ton, na jaki tylko mnie stać (kto by pomyślał, że idzie mi coraz lepiej?!), a następnie, jakby od niechcenia, czytam sobie kartkę, którą trzymam przypadkiem w lewej dłoni, gdyż gość nic nie mówi.

                No halo! Przylazłeś tu, więc łaskawie byś coś powiedział. Chyba, że…. Ahaaa, rozumiem. To takie buty, że też nie wpadłam na to wcześniej. Pewnie to coś to jeszcze prawiczek i pragnie do naszego hotelu sprowadzić sobie jaką dziwkę (a może nawet i kilka!). Ja osobiście nie mam nic przeciwko, aby tylko zapłacili i nie było ich słyszeć przez ścianę.

- Severin jestem. – uśmiecha się chyba raczej w moim kierunku, ukazując swe okropne uzębienie, na którego widok robi mi się słabo.

- Aha. – odpowiadam i z powrotem patrzę na kartkę. Praca jest jednak dużo piękniejsza niż ten łoś, który ewidentnie mnie podrywa. W sumie to nigdy nie myślałam, że będę ofiarą zwierzęcia leśnego.

                Może wypadałoby zapisać się do jakiegoś kółka łowieckiego na kurs posługiwania się jaką wiatrówką? Na pewno czułabym się dużo pewniej i przede wszystkim bezpieczniej.

- List przyniosłem. – patrzcie państwo! Łoś po raz kolejny przemówił!  - Od tego matoła ostatniego Wellingera, którego tak nawiasem mówiąc najchętniej bym na stosie spalił.

Uśmiecham się pod nosem.     

Zwierzu, może dojdziemy do porozumienia.

Jednak on nic więcej nie mówi, jedynie drapie się po łbie, a ja zaczynam mieć poważne zastrzeżenia do tego, czy po moim kontuarze nie poruszają się jakieś mikroskopijne żyjątka.

- Kurwa, Ryyyysiek! Zapomniałem, co mam jej jeszcze powiedzieć! Rusz dupę spod tego stolika i mi łaskawie pomóż! Przecież to ciebie młody wysłał i ty miałeś mówić! – widzę, iż facet kompletnie się załamał i tylko bezradnie stoi, patrząc w kierunku zabytkowej ławy, która w celach dekoracyjnych przykryta jest zieloną, połyskująca narzutą.

- Powtarzałem ci, rybi mózgu, że ona mnie nienawidzi! Zje mnie! Kostek nie wypluje! Sercem się będzie rozkoszować! – piskliwy, nieco dziecinny głosik wydobywa się właśnie zza kawałka materiału. Wznoszę oczy wysoko ku górze, ale po chwili zdrowy rozsądek daje o sobie znać, więc rozglądam się szybko po pomieszczeniu, szukając jakiś świadków tej ewidentnej głupoty, ale oddycham głęboko z ulgą, gdyż nikogo nie zauważam.

                Dzieci. No dzieci.

- Wyłaź, Piątek. – mówię takim tonem, jakby to miały być ostatnie minuty pana Freitaga. Tak w ogóle to on zawsze nienawidził, kiedy spolszczałam jego nazwisko, a ja robiłam to tylko po to, by go bardzo mocno wkurwić.

                Tak jak on wkurwiał mnie.

                Po chwili jednak, pod wspomnianą wcześniej narzutą, widzę delikatny ruch, a później wynurza się spod niej ten zakłuty łeb, który na mój widok zamiera; sprawność umysłu powraca mu widocznie dopiero po kilku sekundach.

- No, no… Andi mówił, że znacząco zmieniłaś fryzurę, ale nigdy bym nie pomyślał, że do tego stopnia.

                Prycham lekceważąco.

- To nie naturalnee? – pyta Łoś Leśny z miną łosia właśnie przypominającą, a mi zaczyna zbierać się na porządny wybuch śmiechu. Bo czy ktokolwiek, kiedykolwiek widział rosnące, różowe włosy? Szczerze wątpię.

                Postanawiam jednak ten fakt wspaniałomyślnie przemilczeć. Niech to dziecko żyje we własnym, nieco upośledzonym świecie, mi nic do tego.

- A tobie co takiego drastycznego stało się z gębą? – pytam z pełną premedytacja Freitaga, sprawiając, że ten pewny siebie uśmieszek natychmiast złazi mu z ust.

- Wypiękniałem! – krzyczy urażony z ogniem w oczach. – Sev! Dawaj jej ten list i wychodzimy stąd! Nie będę przebywał w miejscu, gdzie nie szanuje się mojego jestestwa!

                Nim się orientuję, łosio podobny rzuca we mnie jakąś kopertą, sam odwraca się na pięcie i z wysoko podniesionymi głowami obaj panowie opuszczają hotel (przy czym swoje ogromne zdegustowanie moim niby że nieodpowiednim zachowaniem demonstrują głośnym trzaśnięciem drzwiami).

                Za ich plecami pokazuję im środkowy palec, co jest bardzo dobrym wyjściem w zaistniałej sytuacji, ponieważ zauważam, że krwistoczerwony lakier na paznokciu ewidentnie mi się odwarstwia.

                Jednak nie to jest moim największym zmartwieniem.

                Delikatnie podnoszę cienką kopertę, rozrywam ją, a następnie wyjmuję żółtawą kartkę, na której tymi wielkimi, doskonale mi znanymi bawołami Wellingera nabazgrane jest cóż… - niewiele.

                Pomimo tego,  moje głupie serce zaczyna bić w tempie niewyobrażalnym.

               

                I znów mi uciekłaś. Proszę Cię, Julia, porozmawiajmy jak ludzie cywilizowani, wyjaśnijmy sobie to wszystko. Naprawdę mi na tym zależy.

                W piątek, o osiemnastej. Będę czekać tam, gdzie zawsze spotykaliśmy się przed laty.

                Welli.

               

                Uśmiecham się pod nosem, bo w głowie momentalnie zaczyna układać mi się plan.

                Jeszcze mnie popamiętasz, panie Wellinger.

 
_____________________________________
Miałam wrócić, więc wracam.
Wcześniej niż zamierzałam, ale musiałam sobie humor poprawić, słoneczka.
Bo wiecie, że mnie jakieś paskudztwo rozłożyło? Nie puszczono mnie dziś do szkoły :c
Ale jutro już idę. Nie ma, że "nie".
No chyba, że nijak nie dojadę, co też jest prawdopodobne, bo mnie kompletnie zasypało.... Zaspy na szosie do kolan mam.
Nie ma to jak życie na zadupiu. Ale jeszcze niecałe dwa lata, prawie tylko rok...  i Madzia przenosi się do miejsca cywilizowanego na studia. Oj tak.
Księciulek w moje ferie. Tyle mogę obiecać.
Buziaki! :*

środa, 25 grudnia 2013

Aniołki!

Aniołki moje ukochane i najdroższe!

Pamiętacie pewnie akcję ze zmianą adresu i wszystkiego na Księciu, prawda? No właśnie. Okazało się, że to nic nie pomogło.
I nie pomogą też kolejne przenosiny blogów, zmiana nicka, nowe konto czy rozwiązanie, by rozdziały za mnie wstawiał ktoś inny. Nic.
Dobra, Magda, do rzeczy.
Także wszystko zostaje, każde napisane do tej pory przeze mnie słowo, ale ja muszę się niestety wynieść. Wiem, wiem. Serce mi się kraje, ale nie mam innego wyjścia, uwierzcie.
Także czas pożegnać (tym razem już na amen) Księcia, Sammi oraz czarnego Sprytula, Julkę i słodkiego Weliego a nawet cichego Michaela, Dawida, Natalię i Ingrid też.
Pozostaje Wojtek. Nie dalej jak wczoraj, nawet zrobiłam nowy wygląd tego bloga, wiecie? I płakać mi się najbardziej z jego powodu chce. Nie, nie z wyglądu, ale z powodu tego chłopaka. Bo to było coś, co zajęło moje serce na amen, coś, co pokochałam od pierwszego napisanego przeze mnie słowa, od samego prologu, który wywołał tyle emocji. Jedyne, co mogę Wam obiecać, to to, że go nie zostawię nigdy. I kiedyś go skończę.
I na pewno przeczytacie to do końca.
Nie wiem, w jakiej formie - cóż, życie bywa nieprzewidywalne, ale dowiecie się, dlaczego TO zrobił. Dlaczego pomimo swojego młodego wieku, opuścił ten świat, dlaczego sobie ostatecznie nie poradził mimo tego, że przecież Lena już przy nim była i prawie udało mu się wyjść z tego dołka, w jakim się znalazł.
To obiecuję.

Dziękuję za każdy komentarz. Co ja bym bez Was zrobiła, co? Za każde powiedziane przez Was słowo, za wsparcie.
Naprawdę Was kocham, moja bloggerowa rodzino.
I na Waszych blogach oczywiście zostaję. Nikt mnie siłą od nich nie odciągnie.

No. Teraz przyszedł w końcu ten nieunikniony moment.
Także...
Żegnajcie, słoneczka moje!



niedziela, 22 grudnia 2013

4. "Pamiętasz, jak pierwszy raz cię tu pocałowałem?"


                Przez całą drogę, nie odzywam się do niego ani jednym słowem, co i tak nie jest raczej zbyt wygórowaną karą. Mało tego! Idę jakieś dziesięć metrów od niego, bo wolę nie ryzykować, że zarażę się tą głupotą, która od szanownego pana Andreasa emanuje. Dobrze, że poruszamy się  dosyć szeroką, ale niezbyt uczęszczaną przez jakiekolwiek pojazdy, drogą. Znaczy wróć! On przepisowo podąża chodnikiem, to ja lezę po jezdni z nadzieją, że jak najszybciej coś mnie rozjedzie, albo porwie jakiś zakamuflowany Arab. Wszystko jest przecież możliwe, prawda?

                No właśnie. Sęk w tym, że raczej nie w Willingen. Tu na każdym kroku spotkam Wellingera, a nie terrorystę, choć obiektywnie rzecz ujmując, to te dwie osoby się ze sobą pięknie łączą.

- Jesteś na mnie zła, prawda?

                O proszę! Panicz skoczko-matoł  przemówił!

                Wyobraź sobie, debilu, że nie, nie jestem zła. Naprawdę. Nigdy na ciebie nie byłam, ale WKURWIONA – oczywiście.  To chyba liczy się jako moja złość podniesiona do tysięcznej potęgi, więc łaskawie się nie odzywaj, a przynajmniej nie zadawaj takich durnowatych pytań, bo zaraz jak dostaniesz w tej swój łeb, to się nie pozbierasz.

                Jednak postanawiam odpowiedzieć, w końcu grzeczność tego wymaga, a ja jestem niezwykle inteligentną osobą.

- A jak myślisz?

                Idiota momentalnie zagradza mi drogę i raczy ślicznym uśmiechem.

-  Że nie.

- To popraw myślenie, choć to chyba niewykonalne, bo zawsze byłeś słaby w te klocki.

                No doprawdy… ten świat jest pełen idiotów. Ale faktycznie – o tym wiedziałam już od pewnego czasu.

                Ponownie go wymijam i wykonuję kilka zamaszystych kroków do przodu, by przypadkiem nie znaleźć się ponownie w jego pobliżu, ale momentalnie orientuję się, iż chłopak nie rusza się z miejsca, wskutek czego mało nie trafia mnie jasny szlag, bo to przecież on chciał porozmawiać.

                Jakby rozmowa mogłaby tu cokolwiek pomóc.

- Idziesz?! – pytam (a raczej wrzeszczę) już całkowicie wytrącona z równowagi, jednak ten człowiek najzwyczajniej stoi tak, jakby przyrósł do ziemi.

- Jesteśmy już na miejscu.

                Rozglądam się dookoła i rzeczywiście – orientuję się, że tą okolicę znam aż za dobrze. Jak mogłam wcześniej nie zauważyć, gdzie mnie prowadzi? Biję się z myślami i wszelakimi wspomnieniami, które przemykają przez mój mózg, skutecznie utrudniając mi jakiekolwiek funkcjonowanie.

                Po prawej stronie drogi mieszkałam ja. W tym samym domu, w którego ogródku właśnie radośnie śmieje się jakiś niedorozwinięty bachor. On – po lewej, naprzeciw mnie. Tak, tak – byliśmy sąsiadami (o zgrozo!), ale jakimś cudem się nie pozabijaliśmy, ale zaprzyjaźniliśmy – wydawać by się mogło, że na śmierć i życie, ale oczywiście to tylko mylne przypuszczenia, które nigdy nie miały miejsca.

                Zauważam, że Andreas siada na starej, niemal rozpadającej się ławce, która znajduje się po wielką sosną ni z gruszki ni z pietruszki rosnącą właśnie tutaj. Jak to możliwe, że to wszystko nadal tu było?

- Siadaj, Julka. Ja nie gryzę.

                Mrużę powieki, niczym dzika kotka, która chce wybadać sytuację.

- Wyobraź sobie, że mam małe wątpliwości.

                Debil wybucha śmiechem. Jakby w tym, co powiedziałam, było cokolwiek zabawnego. Jego logika mnie zabija, naprawdę.

                Jednak,  mimo wszystko,  siadam obok niego. Niech nie liczy tylko na to, iż odezwę się pierwsza. Niedoczekanie.  

Zapatruję się w krajobraz przed sobą, a że nie mam nic lepszego do roboty, więc zabieram się za liczenie drzew, które widnieją na horyzoncie.

-  Pamiętasz, jak pierwszy raz cię tu pocałowałem?

                Prycham pod nosem, ale w głowie świta mi jeden, niezwykle konkretny i intensywny obraz.

- Mieliśmy po siedem lat, bez przesady. – warczę w odpowiedzi, ale chyba tylko po to, by ukryć wszelakie uczucia, które zaczynają mną targać.

                Musiał przypomnieć akurat to. I na dodatek ponownie się śmieje, a ja mam wrażenie, że zaraz znów trafi mnie jasny szlag.

- A później jeszcze raz i jeszcze… i tak wiele, wiele innych – mówi pod nosem, ale doskonale wie, jak do mnie trafić. Przecież nikt nie zna mnie tak idealnie jak on. – Było nam razem dobrze, Julka.

                Oczywiście, póki nie zaczęły się skoki.

- To było tego nie pieprzyć. – mówię niby ode chcenia ze wzrokiem nadal wbitym w drzewa. Jedno, drugie, trzecie, czwarte, piąte. O! I jeden dąb nawet się znalazł!

                Słyszę jak Andreas głęboko wzdycha, ale nic nie odpowiada.

                Minuta ciszy, dwie, trzy.

                Godzina.

                Zaczyna się ściemniać.

               

Nigdy nie myślałam, że ktoś samą swoją obecnością i kilkoma słowami, jest w stanie aż do tego stopnia wyprowadzić mnie z równowagi, że nie mam pojęcia, co powiedzieć. A z reguły przecież jestem osobą, która nie zapomina języka w gębie.

                Jednak w końcu ta cisza mnie po prostu zabija, więc zaczynam wyrzucać wszystko to, co leżało mi przez tyle czasu na sercu.

 - Skoki, skoki, tylko skoki. To się dla ciebie liczyło, nie ja. Do pewnego momentu byłam w stanie to znieść, ale nie później, wiesz?

                Nie zauważam, że pierwsze łzy zaczynają lecieć mi po policzkach, za to on chyba tak.

- Nie rozumiesz… - zaczyna się nieporadnie tłumaczyć, ale dla mnie to już nie ma znaczenia, momentalnie mu przerywam, by skończyć swoją wypowiedź.

- Potrzebowałam kogoś. Kogoś, kto mi pomoże,  a w tobie tego oparcia nie miałam, więc musiałam wyjechać razem z rodzicami, choć wcale nie byłam do tego zmuszona. Mogłam z powodzeniem zostać tu, w Niemczech, z ciotką. Ale wolałam uciec, bo dłużej bym tego po prostu nie zniosła. Miałam nadzieję, że w Polsce będzie lepiej, i tak się stało.

                Momentalnie przenoszę wzrok w końcu na jego osobę, ale równie szybko orientuję się, iż jest to wielki błąd, bo po prostu zaczynam płakać jeszcze bardziej, widząc , że swoimi słowami zadaję mu ból.

                Julka, weź się ogarnij. Przecież nigdy tak się nie rozklejałaś. No może z wyjątkiem tego, jak miałaś cztery latka, a matka wciskała w ciebie kaszkę manną, której już tak bardzo nienawidziłaś. Teraz jesteś już dorosłą kobietą, taką, która radzi sobie z przeciwnościami losu.

                Jednakże moje rozmyślania i łajanie siebie w myślach nic nie pomagają, wręcz przeciwnie.

                A niezawodne jak zawsze ramię pana Wellingera jest chętne do pocieszania płaczących niewiast.

                Nie jestem w stanie mu się wyrwać, więc koniec końców, ląduję przytulona do niego, przy okazji łzami mocząc mu koszulkę.

                I w pewnym momencie jest tak, jak kiedyś.
 
______________
Spieprzyłam, ja to wiem.
No.
I wesołych świąt, słoneczka moje ukochane! <3
A teraz lecę na skoki <3
 

sobota, 14 grudnia 2013

3. "A skoro los był już tak uprzejmy..."


- Skąd on niby wie, że ja tu jestem do cholery?!

                Moje wrzaski słychać już w całym domu a i w hotelu pewnie też, jednak mało mnie to w tej chwili obchodzi. Ten człowiek odwiedził mnie jakieś dwadzieścia cztery godziny temu, ale ja nadal jestem w stanie wielkiego „uniesienia nerwowego”, jak dobitnie określam stan, w którym trafia mnie jasny szlag.

                Bo jakże tu nie pobudzić swych nerwów, kiedy ciotunia stoi sobie i z kamienną twarzą spogląda na mnie, a nie zwraca najmniejszej uwagi na to, co robi to niedorozwinięte dziecko, które bawi się  - Chryste ratuj! – jej własną podpaską?

                Szkoda, że jeszcze prezerwatyw nie znalazło. Zabawka byłaby idealna.

- Julka, uspokój się. Pewnie ktoś cię zobaczył i mu powiedział.

                Prycham zdegustowana pod nosem, bo jakoś nie chce mi się w to wierzyć.

- Nikt by mnie nie rozpoznał. – tłumaczę, jednak sarkazmu w moim głosie nie jestem w stanie ukryć, co raczej wychodzi mi tylko na dobre, bo ciotunia przynajmniej marszczy brwi, więc żegnaj kamienna twarzo! Wypierdalaj i nigdy więcej nie wracaj!

                Jednakże kobieta nie odzywa się więcej do mnie ani słowem, a ja uznaję to za znak, iż rozmowa dobiegła ku definitywnemu końcowi, więc najzwyczajniej w świecie wychodzę z pokoju, trzaskając przy okazji drzwiami. A tak jakoś  - dla większej dramaturgii.

                Za recepcją jak zwykle siedzi Michael. Uśmiecham się pod nosem, widząc jak bardzo jest zapracowany, bo wiem, że nie zostało już nic, do czego byłabym przydatna, tudzież  jednym zgrabnym ruchem wskakuję  na moje stałe, ukochane miejsce. Chłopak podnosi na mnie na chwilę wzrok, a za moment z powrotem wraca do obowiązków.

                Mija minuta, potem trzecia, ósma, dziesiąta, dwudziesta.

                A dzieje się dokładnie: nic.

- Michaeeeel – celowo przeciągam samogłoskę „e”, by zwrócić jego uwagę – nudzi mi się.

-  To mi pomóż.

                Człowieku… czy ty nie widzisz żadnej logiki? Doprawdy… mózgi mężczyzn trzeba nastawiać niczym zegarki. Przecież ja ci po prostu nie chcę przeszkadzać. Radziłeś sobie beze mnie, to poradzisz sobie i teraz. Ja tu jestem całkiem zbędna.

-Jak już zacząłeś, to sam sobie skończ. Co mogę porobić tak, żeby nie ruszać się z miejsca?

                Chłopak wzdycha ciężko i byle jak rzuca:

- Pośpiewaj.

                Uśmiecham się szeroko, ale momentalnie zaczynam zastanawiać się nad repertuarem, który mogłabym zaprezentować gościom hotelu, którzy znajdowali się nieopodal (a kilku ich było). Postanawiam uraczyć ich już nieco starym hitem polskiej części Internetu.

- Ty będziesz moja, ja będę Twój, razem będziemy wywalać gnój! …

- Julia!

- Różowąą taaczkę… - kończę zbyt wczesną puentą, omijając przy okazji kilka słów, bo oczywiście ciotka musiała pojawić się w najmniej oczekiwanym momencie.

                Już nawet nie muszę starać się, by zatuszować fakt, iż nie robię kompletnie nic, bo i tak by się to nie udało. Powinnam właśnie udawać wielką skruchę i przeprosić, prawda? No wiem, wiem, ale cholerka - nie potrafię.

- Przecież i tak nie zrozumieli! – tłumaczę się po polsku, a ta pokraka, która jest ponoć ze mną spokrewniona, tylko kręci załamana głową i wchodzi do kuchni. Odwracam się w stronę Michaela, który jest wyraźnie zainteresowany całą sytuacją.

- O czym to było? – pyta, a ja domyślam się, że zapewne chodzi mu o piosenkę.

                Uśmiecham się chytrze, ale odpowiadam ze stoickim spokojem:

- O pewnej parze, która nie miała pieniędzy i musiała bardzo ciężko pracować w warunkach niemal ekstremalnych. Ale wiesz, że się opłacało? Bo później kupili sobie wymarzony pojazd i byli naprawdę szczęśliwi.

                Ku mojemu zaskoczeniu, chłopak kiwa głową i całkowicie poważnie odpowiada:

- Piękny i wartościowy tekst. Dobre piosenki u was tworzą.

                Nim wybucham śmiechem, ponownie obok pojawia się ciotunia, która nie ma zbyt zadowolonej miny, gdyż pewnie słyszała, jaki kit wcisnęłam temu biednemu pracusiowi.

- Julka, uciekaj. Masz wolne na dziś. Najlepiej odetchnij świeżym powietrzem i przewietrz sobie mózg.

                Na całe szczęście słowa te wypowiada tak, by nikt oprócz nas ich nie zrozumiał, ale nie zastanawiam się nad tym fartem zbyt długo, bo zostaję niemal wypchnięta za drzwi hotelu. Prycham zdegustowana pod nosem.

                Jednakże dochodzę do wniosku, iż może dobrze się stało. Przejdę się, zobaczę jak zmieniła się okolica.

                I nawet staram się być bardzo spokojna, gdy już po wykonaniu pierwszych dwudziestu kroków, widzę tego człowieko  - debila, który wczoraj próbował molestować mnie seksualnie.

                Unoszę głowę wysoko do góry. Niczym księżniczka, która patrzy na zwykłego żebraka (że trochę wyższego od niej, to inna sprawa. No dobra, trochę więcej niż trochę.) i wymijam go bez ani jednego słowa czy zaszczytnego spojrzenia. Wróć – na pewno bym to zrobiła, gdyby nie stanął przede mną, a ja nie walnęłabym prosto w jego wielką (ba! Wręcz gigantyczną!) osobę.

- Odsuń się i mnie nie denerwuj – mówię, choć doskonale wiem, że mnie nie trzyma, więc równie dobrze, mogłabym być już kilka metrów od niego, a mimo to nadal stoję.  

To wyprowadza mnie z równowagi na dobre, ale on robi to jeszcze dobitniej, ponieważ zaczyna mówić:

- Nie mam zamiaru iść, ponieważ chciałem z tobą porozmawiać, a skoro los był już tak uprzejmy, że nie musiałem męczyć nóg by dojść do hotelu…

- Zamknij się. – warczę i wymijam go najdostojniej jak tylko potrafię, choć dostojność tą jestem zmuszona połączyć z szybkością, co niekoniecznie idzie ze sobą w parze, wskutek czego już drugi raz w jego obecności tracę równowagę, a on – również raz już drugi – ratuje mnie przed upadkiem.

- Zabieraj ode mnie te łapska! – mówię, kiedy już stoję stabilnie na ziemi, jednak Andreas oczywiście tego nie robi. Ot – nowość. Przez ten czas, gdy się nie widzieliśmy, wyraźnie ogłuchł.  Śmieję się w duchu z jego niepełnosprawności.

- Zabiorę, jak obiecasz, że nie uciekniesz i ze mną porozmawiasz.

                Patrzę na niego spod byka. Jeszcze tego mi brakowało teraz do szczęścia. Rozmowy. Z nim.

                Jednak, gdy patrzę na jego palce, które silnie ściskają mnie za nadgarstek, dochodzę do wniosku, że muszę się zgodzić, bo w przeciwnym wypadku padnę trupem na środku willingeńskiego chodnika, gdyż krew – najzwyczajniej w świecie – przestanie krążyć w moim ciele.

                Wzdycham tak ciężko, jak tylko potrafię.

_________________________________

Jaki ja mam talent do schrzaniania rozdziałów...
Ale tak postanowiłam go dziś napisać. Bo musiałam sobie trochę humor poprawić. No ale bez przesady. W TAKICH warunkach go puścić?! Ja nadal nie ochłonęłam, a ile przekleństw w kierunku osób wiadomych poleciało - nie zliczę.
W każdym bądź razie - już niedługo święta.  I sobie odpocznę. I może będę miała czas na skończenie tego, bo jakoś na styczeń planuję nowość. Ale takim priorytetem właśnie na tą przerwę jest co? Otóż Wojtek. Bo to opowiadanie jest dla mnie niemal wszystkim i nie mogę tak go po prostu zostawić, wiecie? No jasne - kto czyta, ten wie.
A tak w ogóle to mam dość. Jutro mam zaplanowany dzień tylko na historię i francuski. Rano hista, mój kochany język i testy maturalne później. Rozprawka z historii, rozumiecie? Ja... no dobra. I 20 kartek zadań maturalnych z fakultetów o średniowieczu. I we wtorek kartkówka, a w środę klasówka (gdzie logika?).
No mniejsza. Wiedzcie, że o wszystkich Waszych nowościach wiem i pamiętam, ale nie wszystkie przez te dwa tygodnie miałam i będę mieć czas ogarnąć. Ale już w święta. Obiecuję.
Ach no tak... przecież na święta mam "Lalkę" do przeczytania... Dobra. Blogi istotniejsze <3
Kocham Was, wiecie?
Dobra, kończę, bo moja Weli wspina mi się na rozstawioną choinkę i właśnie jest na samym czubku. Nigdy nie zrozumiem logiki tego kota.
Buziaki! :*