niedziela, 1 czerwca 2014

7. "I nie zapomnij, że jesteś mi winien lody truskawkowe. Podwójną porcję."


Włosy wiążę na czubku głowy, zakładam okulary koloru wiadomego, króciutkie spodenki, top na ramiączka i postanawiam się przejść. No bo przecież nie mogę cały czas pracować, prawda?  Michael poradzi sobie dużo lepiej sam niż ze mną.

Przynamniej moje nogi nie będą go rozpraszać. Jeszcze by chłopaczynie oczy na wierzch wyszły, a biorąc pod uwagę, że w moim osobistym mniemaniu jest mamutem, to raczej nie byłoby mu z nimi do twarzy. Nie żeby coś, oczywiście jestem skłonna zatelefonować do jakiejś inspekcji, która zajmuje się ostatnimi przedstawicielami gatunków ewidentnie wymarłych, ale mimo wszystko – szkoda by mi go było. Jakoś tak.

Szybko, więc wychodzę z hotelu i postanawiam po prostu pospacerować. Tak byle gdzie, niewiele mnie to obchodzi, gdzie zaniosą mnie myśli.

Słońce praży niesamowicie, tudzież postanawiam skierować się do pobliskiej budki z lodami. Wspomniany przeze mnie budyneczek jest widoczny już z daleka poprzez wielki, żółty, neonowy napis, który wymownie sugeruje, że zakupię tu moje ukochane gałki o smaku truskawkowym. Uśmiecham się też, gdyż w mym najbliższym otoczeniu nie ma ani jednej żywej duszy, ponieważ – najwidoczniej – tylko ja wpadłam na pomysł, by w samo południe łazić po miasteczku. Bardzo dobrze.

Niczego nie podejrzewam, gdy gdzieś za moimi plecami słyszę nadjeżdżający samochód. Jasne, może i zdaję sobie sprawę z tego, iż porusza się on dosyć wolno, ale mój ekstra głupi mózg nie dopuszcza do siebie jakichkolwiek pokładów logicznego myślenia. Dlatego też dzieje się to, co się dzieje.

Nim się orientuję, auto staje obok mnie, ale nie jestem w stanie zobaczyć kogokolwiek, gdyż momentalnie na moją głowę zostaje narzucony jakiś worek pachnący  - przynajmniej według mnie – stęchlizną, a ja sama jestem zaciągnięta na tyle siedzenie.

Staram się szarpać, bić, wyć, krzyczeć o pomoc – nic to jednak nie daje, no bo jakim cudem mają mnie usłyszeć puste ulice?

Samochód rusza.

- Proszę, proszę, kogo my tu mamy. – odzywa się ten, który siedzi najbliżej mnie, swoimi dłońmi krępując mi nadgarstki. – Nie chciała przyjść góra do Mahometa, to Mahomet musiał sam się pofatygować, by wyjątkowo upartą górę przywlec do siebie.

W pierwszej chwili zamieram, później zaczyna kumulować się we mnie wściekłość, a następnie po prostu zaczynam się śmiać. No i co z tego, że ten wór skutecznie tłumi wszelakie dźwięki, które z siebie wydaję? Jakoś nie robi mi to większej różnicy.

Pieprzony Wellinger.

Nie uważam, bym była specjalnie zagrożona, choć  - jakby nie patrzeć – nie mam zielonego pojęcia, kto kieruje samochodem, ani gdzie jadę. Do końca podróży siedzę już cicho i względnie grzecznie. No ewentualnie czasem kopnę Wellingera w łydkę. Dlaczego? Ot tak, bo mi się po prostu podoba.

Cała podróż nie trwa jakoś specjalnie długo. Nadal nie mogę zidentyfikować kierowcy, ponieważ pozostaje niemową, ale gdy tylko silnik kończy swą pracę, słyszę, że Wellinger otwiera drzwi (jedną ręką, drugą nadal trzyma moje dłonie), a chwilę później jestem już na zewnątrz i mogę  - choć przez te dziury w worze, które zapewne zrobiły myszy – odetchnąć świeższym powietrzem. Nie jestem jednak aż taką idiotką, bym mogła się łudzić, że na nim pozostaniemy, gdyż nie mija minuta, a ja wyczuwam, że znajduję się w jakimś wyjątkowo dusznym i na pewno ciemnym miejscu.

- Tylko mnie nie bij czy coś. – ostrzega ten popieprzeniec, a ja prycham pod nosem, choć on na pewno nie jest tego świadomy. Po chwili czuję jak zwalnia uścisk na moich nadgarstkach i zdejmuje mi wór z głowy.

Odskakuję od niego jak oparzona i rozglądam się dookoła.

                - Kurwa, bunkier.

                Wellinger uśmiecha się szeroko, ukazując dwa rzędy idealnie białych zębów. Mógłby grać w reklamach past do zębów Colgate czy coś. No ewidentnie.

                Stop, Jula.

                Cofam się jeszcze bardziej.

                - Przepraszam.

                Podnoszę momentalnie głowę do góry, natrafiając na jego  - chyba – szczere spojrzenie. Nie wiem, co mam o tym sądzić, więc przerywam jak najszybciej kontakt wzrokowy. Moje buty są w tamtej chwili dużo ciekawsze.

                - Julka, ja wiem, że cię zraniłem, ale proszę, daj mi szansę. Chociaż się postaraj.

                Podnoszę brew do góry, uśmiechając się ironicznie. Być może wiem, że robię źle, ale nic nie mogę na to poradzić. Zamiast tego mówię:

                - I ta twoja szansa ma polegać na tym, że porywasz mnie, kiedy ja chcę sobie kupić moje ukochane lody i wywozisz do miejsca, które w każdej chwili może się zawalić, przygniatając nas kompletnie? Nie wiem czy pomyślałeś, ale to coś może nas zabić.

                Jestem z siebie względnie dumna, bo przecież był moment, gdy myślałam, że nie wypowiem ani jednego słowa, a tu proszę – wykład elegancki.

                - Przynajmniej zginiemy razem. – mówi mój towarzysz, a mi po prostu opadają ręce. Niemniej zamiast się poddać, podchodzę do niego energicznym krokiem z zamiarem zamachnięcia się na niego, ale on widocznie przewiduje mój zamiar, gdyż moja ręka zostaje zatrzymana mniej więcej w połowie drogi do jego twarzy.

                A później dzieje się coś czego zupełnie nie przewiduję, gdyż nim się w ogóle orientuję w całej sytuacji, on popycha mnie na ścianę, a później  - najzwyczajniej w świecie - całuje. Oczywiście w pierwszej chwili mam ochotę go odepchnąć, pieprznąć w łeb, ukręcić kark, kopnąć w jaja czy wyrwać wszystkie włosy z czaszki, ale nic takiego się nie dzieje. Zamiast tego po prostu najpierw stoję jak sparaliżowana, a później się po prostu poddaję, oddając pocałunek.

                Choć nie powinnam.

                Brawo, Julka. No brawo. Wszystko spieprzyłaś. A nie pamiętasz, co on ci zrobił? Naprawdę zapomniałaś? No to sobie teraz przypomnij.

                Serce mi staje. Moje sumienie ma rację.

                Przerywam to zbliżenie odpychając go stanowczo od siebie, następnie zaś mówię:

                - Zabierz mnie stąd! I nie zapomnij, że jesteś mi winien lody truskawkowe. Podwójną porcję.

                To, że Wellinger ponownie promiennie się uśmiecha, doprowadza mnie do jeszcze większego szału.
 
____________________________
Kajam się niezmiernie nisko przed wszystkimi fanami Juleczki. Całuję Was też po stopach i takie tam.
To coś na górze powstało przed chwilą mniej więcej w pół godziny, więc wybaczcie wszelakie niedociągnięcia. Ja wiem, że to jest marne, ale na nic więcej dziś mnie nie stać, bo muszę wracać do polskiego, na dodatek jutro mam egzamin wewnętrzny w ośrodku na prawko. Znaczy taki już po jazdach, ale nie taki właściwy, ten pewnie w kolejnym tygodniu albo nawet za dwa. Zobaczy się.
Dobra, Aniołeczki moje kochane.
Ja uciekam, pisać charakterystyki bohaterów "Ludzi Bezdomnych". Wiem, wiem - zajecie iście fascynujące.
Buziaki! :*