piątek, 21 lutego 2014

6. "Możesz teraz nauczyć się kolorów."


                Uśmiecham się do Michaela najpiękniej, jak tylko potrafię. Jasne, wiem, że tym samym daję chłopakowi jakieś tam nadzieje. Oczywiście. Niemniej, co mam poradzić na to, że jest mi po prostu potrzebny?
                Tak, więc szczerzę do niego zęby jak ostatnia idiotka, a on – w końcu, po wielu mych trudach i znojach – mnie zauważa. Zwycięstwo.
- Michi, wiesz, że cię szalenie lubię? – pytam, nim zdążam się ugryźć w język, a on podnosi głowę i patrzy na mnie tak, jakbym oznajmiła mu, że jutro się pobierzemy. Czyli z uwielbieniem.
                Kurwa mać.
                Dobra, nieważne. Zaczęłaś, Julia to teraz brnij w to coś dalej.
- Wiem. A jaką przysługę tym razem mam ci wyświadczyć?
                Śmieję się. No bo co mam niby robić w takiej sytuacji, tak? No właśnie. Przecież trafił chłopak w sedno. Opanowuję jednak śmiech, pochylam się nad blatem pięknie demonstrując mój biust (uprzednio zadbałam o to, by dekolt był odpowiedniej wielkości), następnie zaś – najseksowniej jak tylko potrafię – mruczę:
- Widzisz, rybeńko, czytasz mi w myślach. Z nas to jednak są pokrewne dusze, nie sądzisz?
 
*
- Julka, a ty nie uważasz, że w różu to mi jednak nie jest do twarzy?
                Pytanie to oczywiście zadaje Michael, no bo któż by inny. Kręcę, więc przecząco głową, starając się, by peruka, którą próbuję wcisnąć mu na łeb, wyglądała jak najbardziej naturalnie,  a konkretniej, by przypominała moje kudły. Ja wiem, wiem, wiem, wiem, naprawdę wiem, że jestem podła, ale mimo wszystko – uśmiecham się delikatnie pod nosem, a w duszy odprawiam szamański taniec zwycięstwa.
                Bo przecież Wellinger jest na tyle głupi, że z daleka nie zauważy żadnej różnicy. Od zawsze biedaczek był daltonistą. Aż cud, iż na belce startowej kolory światełek odróżnia. Chyba. Może po prostu patrzy na Schustera. Mniejsza o to.
- Uważam, że wyglądasz jak… - zaczynam, spoglądając w lustro, przed którym usadziłam tego nieboraka i przekręcając głowę na boki, by lepiej ocenić końcowy efekt – słodki króliczek playboya. Mogę dorobić ci uszka, jeśli chcesz.
                Oj. Chyba przesadziłam. Michael podrywa się do góry i już sięga dłonią, by zniszczyć moje misternie wykonywane dzieło. W dosłownie ostatniej chwili łapię go za nadgarstek.
- Zostaw to! – niemal wrzeszczę, a następnie dodaję uspokajająco – Skoro ty masz różowe włosy i jesteś króliczkiem, to ja też nim jestem. A króliczki lubią się rozmnażać.
                Chłopak patrzy na mnie dziwnie, a ja momentalnie wyjaśniam:
- No co? Ja tylko mówię to, czego nauczyłam się na lekcjach biologii. Powinieneś być ze mnie dumny, że byłam pilną uczennicą.
                Ponownie demonstruję wszystkie me zęby w uśmiechu, który ma złagodzić te męskie, niemal zatwardziałe serce, a on się godzi na to, by mój wielki i genialny plan wcielić w życie.
                Odnotowuję kolejne zwycięstwo.
                Panie Wellinger – osobiście zadbam, by nauczył się pan kolorów.
                Obiecuję.
 
*
                W umówionym miejscu jesteśmy już czterdzieści minut przed czasem. No bo przecież nie możemy ryzykować tego, że nie zdążę się schować, a Michael odpowiednio usadzić. Tyłem, by Wellinger nie zauważył, że to nie jestem ja.
                Ogółem, więc rzecz ujmując, sprawdzam, czy z daleka ktokolwiek spostrzegłby różnicę i stwierdzam, że owszem. Inteligentny człowiek tak – nie ten debil, który udaje skoczka, więc zadowolona pokazuję chłopakowi uniesiony do góry kciuk i lezę schować się za bujny krzaczek.
Nie, nie siusiać, proszę tu nie wyobrażać sobie niewiadomo czego.
Okrywam się kocykiem, bo dzień mamy wyjątkowo chłodny i siedzę wygodnie z błogim uśmiechem na ustach. No dobra – Michaela wcale mi nie jest szkoda. Zgodził się, to niech teraz marźnie. Doprawdy to nie moja wina, że każdemu facetowi, gdy tylko ujrzy kawałek gołego cycka, odbija palma, a oczy świecą się jak nowiutkie, polskie pięciogroszówki. 
Mniejsza już o to, bo z moich skrupulatnych obserwacji jasno wynika, iż zbliża się ten, którego oczekuję. Tak jak myślałam – przed czasem.
Wiem też, że muszę swój plan wcielić w życie. Bo jak zbyt szybko zorientuje się w całej sytuacji, może mi się nie udać. Nie, wróć – przecież porażki absolutnie nie przyjmuję do świadomości.
Delikatnie wysuwam się zza mej zielonej fortecy, niemniej ciężar w mych dłoniach jest niewyobrażalny. Jula, najwyraźniej musisz popracować na siłowni w najbliższym czasie i poprawić kondycję fizyczną.
Nie. Absolutnie nie.
Dobra. Nieważne.
Widzę, iż on podchodzi do Michaela.
Widzę, że mówi coś do niego już z daleka. Dobrze, że uprzedziłam go, by pod żadnym pozorem się nie odwracał. Uśmiecham się szeroko. Uda się. Musi się udać. Nie ma innego wyjścia.
Wyraźny punkt kulminacyjny całej sytuacji?
Ewidentnie moment, w którym ten człek kładzie dłoń na ramieniu mojego „współpracownika”.
Boże, jaki idiota.
- Ponoć jestem dla ciebie taka ważna, a mylisz mnie z pierwszą lepszą istotą o różowych włosach, Wellinger.  – śmieję się tuż za jego plecami, a gdy zdezorientowany chłopak, w przeciągu dosłownie minimalnego ułamka sekundy, odwraca się twarzą do mnie, na jego głowie ląduje wiaderko rozrobionej, różnokolorowej farby.
- Co do…
                Wybucham niepohamowanym chichotem, gdy widzę jego sylwetkę ozdobioną cieknącą cieczą. Oraz te malutkie kropelki, spadające z misternie ułożonej grzywki  - debil myślał, że to będzie randka – i kapiące mu prosto na czubek nosa.
                Postanawiam, więc ozdobić go jeszcze bardziej, a już po chwili drugie wiadro, a konkretniej jego zawartość, elegancko ochlapuje mu kurtkę i spodnie.
Masz cela, Jula.
Ja sama zaś podchodzę do niego tak blisko, iż … -  nie, nie powiem, że czuję zapach jego perfum czy jakiś tam ładunek elektryczny, który przeskakuje między naszymi ciałami – iż… boję się, że upaćkam się farbą. A przecież ta bluza jest nowiutka. W każdym bądź razie staję na palcach i szepczę do ucha wciąż zamurowanego chłopaka:
- Możesz teraz nauczyć się kolorów i mam nadzieję, że przez ten czas przestaniesz mnie gnębić swoją antyinteligentą osobą, Wellinger.
____________________________
No więc...
Jaki ten rozdział jest wymuszony..
O masakra.
I mi się nie podoba. I w ogóle.
 
 
 

poniedziałek, 27 stycznia 2014

5. "[...] Zje mnie! Kostek nie wypluje! Sercem się będzie rozkoszować!"


                Czasem zdarza się, że Michael po prostu zachoruje. Cóż, wydawać by się mogło, iż takiego to nicponia mamusia już przed laty zdążyła porządnie otulić jaką niewidzialną kołderką ochronną; na przykład jak w reklamach tych wszelakich tandetnych środków przeciwgorączkowych, a tu bęc, jakiś potworny, uzbrojony w miecz i tarczę wirus wkradł się do delikatnego ciałka i po sprawie.  Ajć, rozgadałam się, a miałam zacząć mówić z sensem. Otóż… choroba tego człowieka równa się czemu? Tak, tak, pewnie już każdy się domyśla – mojej ciężkiej pracy. Na pewno już wkrótce umrę. Przecież ostatnio nawet w telewizji słyszałam, że jakaś laska zmarła z przepracowania. Ja będę kolejną ofiarą tej niebezpiecznej pułapki, już to czuję.

                Poproszę tylko o jakąś ładną, dębową trumnę, dobrze? Ale żebym miękko w środku miała! Różowy atłas da się załatwić? Byłabym naprawdę wdzięczna! I poduszkę bym prosiła wypchaną gęsim pierzem… jak na mnie to przecież są niewielkie wymagania, prawda? No właśnie…

*

Siedzę za recepcją i załamana przeglądam jakieś papiery, które mówią mi - co najwyżej – niewiele. No tak, bo tym zwykle zajmowała się ta mysz. Na choroby się temu czemuś zabrało, jeszcze  ten niecny występek popamięta, już ja się o to postaram. Śmieję się w duchu, a humor momentalnie powraca do mego ociężałego już ciała.

- Juleczkooooo!

                Głośne stukanie w drewniany blat wyrywa mnie z przyjemnych myśli na temat zemsty na Michaelu, momentalnie próbuję przypomnieć sobie, skąd znam ten głos, ale oczywiście wszystko całe życie musi być przeciwko mnie, tudzież i pamięć wyraźnie stroi sobie ze mnie figle. Podnoszę, więc wzrok, by nad sobą ujrzeć jakąś poczwarną, uśmiechniętą ode ucha do ucha gębę. Na pewno mi nieznaną.

                Przełykam głośno ślinę.

- Słucham pana? – pytam, przyjmując najbardziej służbowy ton, na jaki tylko mnie stać (kto by pomyślał, że idzie mi coraz lepiej?!), a następnie, jakby od niechcenia, czytam sobie kartkę, którą trzymam przypadkiem w lewej dłoni, gdyż gość nic nie mówi.

                No halo! Przylazłeś tu, więc łaskawie byś coś powiedział. Chyba, że…. Ahaaa, rozumiem. To takie buty, że też nie wpadłam na to wcześniej. Pewnie to coś to jeszcze prawiczek i pragnie do naszego hotelu sprowadzić sobie jaką dziwkę (a może nawet i kilka!). Ja osobiście nie mam nic przeciwko, aby tylko zapłacili i nie było ich słyszeć przez ścianę.

- Severin jestem. – uśmiecha się chyba raczej w moim kierunku, ukazując swe okropne uzębienie, na którego widok robi mi się słabo.

- Aha. – odpowiadam i z powrotem patrzę na kartkę. Praca jest jednak dużo piękniejsza niż ten łoś, który ewidentnie mnie podrywa. W sumie to nigdy nie myślałam, że będę ofiarą zwierzęcia leśnego.

                Może wypadałoby zapisać się do jakiegoś kółka łowieckiego na kurs posługiwania się jaką wiatrówką? Na pewno czułabym się dużo pewniej i przede wszystkim bezpieczniej.

- List przyniosłem. – patrzcie państwo! Łoś po raz kolejny przemówił!  - Od tego matoła ostatniego Wellingera, którego tak nawiasem mówiąc najchętniej bym na stosie spalił.

Uśmiecham się pod nosem.     

Zwierzu, może dojdziemy do porozumienia.

Jednak on nic więcej nie mówi, jedynie drapie się po łbie, a ja zaczynam mieć poważne zastrzeżenia do tego, czy po moim kontuarze nie poruszają się jakieś mikroskopijne żyjątka.

- Kurwa, Ryyyysiek! Zapomniałem, co mam jej jeszcze powiedzieć! Rusz dupę spod tego stolika i mi łaskawie pomóż! Przecież to ciebie młody wysłał i ty miałeś mówić! – widzę, iż facet kompletnie się załamał i tylko bezradnie stoi, patrząc w kierunku zabytkowej ławy, która w celach dekoracyjnych przykryta jest zieloną, połyskująca narzutą.

- Powtarzałem ci, rybi mózgu, że ona mnie nienawidzi! Zje mnie! Kostek nie wypluje! Sercem się będzie rozkoszować! – piskliwy, nieco dziecinny głosik wydobywa się właśnie zza kawałka materiału. Wznoszę oczy wysoko ku górze, ale po chwili zdrowy rozsądek daje o sobie znać, więc rozglądam się szybko po pomieszczeniu, szukając jakiś świadków tej ewidentnej głupoty, ale oddycham głęboko z ulgą, gdyż nikogo nie zauważam.

                Dzieci. No dzieci.

- Wyłaź, Piątek. – mówię takim tonem, jakby to miały być ostatnie minuty pana Freitaga. Tak w ogóle to on zawsze nienawidził, kiedy spolszczałam jego nazwisko, a ja robiłam to tylko po to, by go bardzo mocno wkurwić.

                Tak jak on wkurwiał mnie.

                Po chwili jednak, pod wspomnianą wcześniej narzutą, widzę delikatny ruch, a później wynurza się spod niej ten zakłuty łeb, który na mój widok zamiera; sprawność umysłu powraca mu widocznie dopiero po kilku sekundach.

- No, no… Andi mówił, że znacząco zmieniłaś fryzurę, ale nigdy bym nie pomyślał, że do tego stopnia.

                Prycham lekceważąco.

- To nie naturalnee? – pyta Łoś Leśny z miną łosia właśnie przypominającą, a mi zaczyna zbierać się na porządny wybuch śmiechu. Bo czy ktokolwiek, kiedykolwiek widział rosnące, różowe włosy? Szczerze wątpię.

                Postanawiam jednak ten fakt wspaniałomyślnie przemilczeć. Niech to dziecko żyje we własnym, nieco upośledzonym świecie, mi nic do tego.

- A tobie co takiego drastycznego stało się z gębą? – pytam z pełną premedytacja Freitaga, sprawiając, że ten pewny siebie uśmieszek natychmiast złazi mu z ust.

- Wypiękniałem! – krzyczy urażony z ogniem w oczach. – Sev! Dawaj jej ten list i wychodzimy stąd! Nie będę przebywał w miejscu, gdzie nie szanuje się mojego jestestwa!

                Nim się orientuję, łosio podobny rzuca we mnie jakąś kopertą, sam odwraca się na pięcie i z wysoko podniesionymi głowami obaj panowie opuszczają hotel (przy czym swoje ogromne zdegustowanie moim niby że nieodpowiednim zachowaniem demonstrują głośnym trzaśnięciem drzwiami).

                Za ich plecami pokazuję im środkowy palec, co jest bardzo dobrym wyjściem w zaistniałej sytuacji, ponieważ zauważam, że krwistoczerwony lakier na paznokciu ewidentnie mi się odwarstwia.

                Jednak nie to jest moim największym zmartwieniem.

                Delikatnie podnoszę cienką kopertę, rozrywam ją, a następnie wyjmuję żółtawą kartkę, na której tymi wielkimi, doskonale mi znanymi bawołami Wellingera nabazgrane jest cóż… - niewiele.

                Pomimo tego,  moje głupie serce zaczyna bić w tempie niewyobrażalnym.

               

                I znów mi uciekłaś. Proszę Cię, Julia, porozmawiajmy jak ludzie cywilizowani, wyjaśnijmy sobie to wszystko. Naprawdę mi na tym zależy.

                W piątek, o osiemnastej. Będę czekać tam, gdzie zawsze spotykaliśmy się przed laty.

                Welli.

               

                Uśmiecham się pod nosem, bo w głowie momentalnie zaczyna układać mi się plan.

                Jeszcze mnie popamiętasz, panie Wellinger.

 
_____________________________________
Miałam wrócić, więc wracam.
Wcześniej niż zamierzałam, ale musiałam sobie humor poprawić, słoneczka.
Bo wiecie, że mnie jakieś paskudztwo rozłożyło? Nie puszczono mnie dziś do szkoły :c
Ale jutro już idę. Nie ma, że "nie".
No chyba, że nijak nie dojadę, co też jest prawdopodobne, bo mnie kompletnie zasypało.... Zaspy na szosie do kolan mam.
Nie ma to jak życie na zadupiu. Ale jeszcze niecałe dwa lata, prawie tylko rok...  i Madzia przenosi się do miejsca cywilizowanego na studia. Oj tak.
Księciulek w moje ferie. Tyle mogę obiecać.
Buziaki! :*

środa, 25 grudnia 2013

Aniołki!

Aniołki moje ukochane i najdroższe!

Pamiętacie pewnie akcję ze zmianą adresu i wszystkiego na Księciu, prawda? No właśnie. Okazało się, że to nic nie pomogło.
I nie pomogą też kolejne przenosiny blogów, zmiana nicka, nowe konto czy rozwiązanie, by rozdziały za mnie wstawiał ktoś inny. Nic.
Dobra, Magda, do rzeczy.
Także wszystko zostaje, każde napisane do tej pory przeze mnie słowo, ale ja muszę się niestety wynieść. Wiem, wiem. Serce mi się kraje, ale nie mam innego wyjścia, uwierzcie.
Także czas pożegnać (tym razem już na amen) Księcia, Sammi oraz czarnego Sprytula, Julkę i słodkiego Weliego a nawet cichego Michaela, Dawida, Natalię i Ingrid też.
Pozostaje Wojtek. Nie dalej jak wczoraj, nawet zrobiłam nowy wygląd tego bloga, wiecie? I płakać mi się najbardziej z jego powodu chce. Nie, nie z wyglądu, ale z powodu tego chłopaka. Bo to było coś, co zajęło moje serce na amen, coś, co pokochałam od pierwszego napisanego przeze mnie słowa, od samego prologu, który wywołał tyle emocji. Jedyne, co mogę Wam obiecać, to to, że go nie zostawię nigdy. I kiedyś go skończę.
I na pewno przeczytacie to do końca.
Nie wiem, w jakiej formie - cóż, życie bywa nieprzewidywalne, ale dowiecie się, dlaczego TO zrobił. Dlaczego pomimo swojego młodego wieku, opuścił ten świat, dlaczego sobie ostatecznie nie poradził mimo tego, że przecież Lena już przy nim była i prawie udało mu się wyjść z tego dołka, w jakim się znalazł.
To obiecuję.

Dziękuję za każdy komentarz. Co ja bym bez Was zrobiła, co? Za każde powiedziane przez Was słowo, za wsparcie.
Naprawdę Was kocham, moja bloggerowa rodzino.
I na Waszych blogach oczywiście zostaję. Nikt mnie siłą od nich nie odciągnie.

No. Teraz przyszedł w końcu ten nieunikniony moment.
Także...
Żegnajcie, słoneczka moje!



niedziela, 22 grudnia 2013

4. "Pamiętasz, jak pierwszy raz cię tu pocałowałem?"


                Przez całą drogę, nie odzywam się do niego ani jednym słowem, co i tak nie jest raczej zbyt wygórowaną karą. Mało tego! Idę jakieś dziesięć metrów od niego, bo wolę nie ryzykować, że zarażę się tą głupotą, która od szanownego pana Andreasa emanuje. Dobrze, że poruszamy się  dosyć szeroką, ale niezbyt uczęszczaną przez jakiekolwiek pojazdy, drogą. Znaczy wróć! On przepisowo podąża chodnikiem, to ja lezę po jezdni z nadzieją, że jak najszybciej coś mnie rozjedzie, albo porwie jakiś zakamuflowany Arab. Wszystko jest przecież możliwe, prawda?

                No właśnie. Sęk w tym, że raczej nie w Willingen. Tu na każdym kroku spotkam Wellingera, a nie terrorystę, choć obiektywnie rzecz ujmując, to te dwie osoby się ze sobą pięknie łączą.

- Jesteś na mnie zła, prawda?

                O proszę! Panicz skoczko-matoł  przemówił!

                Wyobraź sobie, debilu, że nie, nie jestem zła. Naprawdę. Nigdy na ciebie nie byłam, ale WKURWIONA – oczywiście.  To chyba liczy się jako moja złość podniesiona do tysięcznej potęgi, więc łaskawie się nie odzywaj, a przynajmniej nie zadawaj takich durnowatych pytań, bo zaraz jak dostaniesz w tej swój łeb, to się nie pozbierasz.

                Jednak postanawiam odpowiedzieć, w końcu grzeczność tego wymaga, a ja jestem niezwykle inteligentną osobą.

- A jak myślisz?

                Idiota momentalnie zagradza mi drogę i raczy ślicznym uśmiechem.

-  Że nie.

- To popraw myślenie, choć to chyba niewykonalne, bo zawsze byłeś słaby w te klocki.

                No doprawdy… ten świat jest pełen idiotów. Ale faktycznie – o tym wiedziałam już od pewnego czasu.

                Ponownie go wymijam i wykonuję kilka zamaszystych kroków do przodu, by przypadkiem nie znaleźć się ponownie w jego pobliżu, ale momentalnie orientuję się, iż chłopak nie rusza się z miejsca, wskutek czego mało nie trafia mnie jasny szlag, bo to przecież on chciał porozmawiać.

                Jakby rozmowa mogłaby tu cokolwiek pomóc.

- Idziesz?! – pytam (a raczej wrzeszczę) już całkowicie wytrącona z równowagi, jednak ten człowiek najzwyczajniej stoi tak, jakby przyrósł do ziemi.

- Jesteśmy już na miejscu.

                Rozglądam się dookoła i rzeczywiście – orientuję się, że tą okolicę znam aż za dobrze. Jak mogłam wcześniej nie zauważyć, gdzie mnie prowadzi? Biję się z myślami i wszelakimi wspomnieniami, które przemykają przez mój mózg, skutecznie utrudniając mi jakiekolwiek funkcjonowanie.

                Po prawej stronie drogi mieszkałam ja. W tym samym domu, w którego ogródku właśnie radośnie śmieje się jakiś niedorozwinięty bachor. On – po lewej, naprzeciw mnie. Tak, tak – byliśmy sąsiadami (o zgrozo!), ale jakimś cudem się nie pozabijaliśmy, ale zaprzyjaźniliśmy – wydawać by się mogło, że na śmierć i życie, ale oczywiście to tylko mylne przypuszczenia, które nigdy nie miały miejsca.

                Zauważam, że Andreas siada na starej, niemal rozpadającej się ławce, która znajduje się po wielką sosną ni z gruszki ni z pietruszki rosnącą właśnie tutaj. Jak to możliwe, że to wszystko nadal tu było?

- Siadaj, Julka. Ja nie gryzę.

                Mrużę powieki, niczym dzika kotka, która chce wybadać sytuację.

- Wyobraź sobie, że mam małe wątpliwości.

                Debil wybucha śmiechem. Jakby w tym, co powiedziałam, było cokolwiek zabawnego. Jego logika mnie zabija, naprawdę.

                Jednak,  mimo wszystko,  siadam obok niego. Niech nie liczy tylko na to, iż odezwę się pierwsza. Niedoczekanie.  

Zapatruję się w krajobraz przed sobą, a że nie mam nic lepszego do roboty, więc zabieram się za liczenie drzew, które widnieją na horyzoncie.

-  Pamiętasz, jak pierwszy raz cię tu pocałowałem?

                Prycham pod nosem, ale w głowie świta mi jeden, niezwykle konkretny i intensywny obraz.

- Mieliśmy po siedem lat, bez przesady. – warczę w odpowiedzi, ale chyba tylko po to, by ukryć wszelakie uczucia, które zaczynają mną targać.

                Musiał przypomnieć akurat to. I na dodatek ponownie się śmieje, a ja mam wrażenie, że zaraz znów trafi mnie jasny szlag.

- A później jeszcze raz i jeszcze… i tak wiele, wiele innych – mówi pod nosem, ale doskonale wie, jak do mnie trafić. Przecież nikt nie zna mnie tak idealnie jak on. – Było nam razem dobrze, Julka.

                Oczywiście, póki nie zaczęły się skoki.

- To było tego nie pieprzyć. – mówię niby ode chcenia ze wzrokiem nadal wbitym w drzewa. Jedno, drugie, trzecie, czwarte, piąte. O! I jeden dąb nawet się znalazł!

                Słyszę jak Andreas głęboko wzdycha, ale nic nie odpowiada.

                Minuta ciszy, dwie, trzy.

                Godzina.

                Zaczyna się ściemniać.

               

Nigdy nie myślałam, że ktoś samą swoją obecnością i kilkoma słowami, jest w stanie aż do tego stopnia wyprowadzić mnie z równowagi, że nie mam pojęcia, co powiedzieć. A z reguły przecież jestem osobą, która nie zapomina języka w gębie.

                Jednak w końcu ta cisza mnie po prostu zabija, więc zaczynam wyrzucać wszystko to, co leżało mi przez tyle czasu na sercu.

 - Skoki, skoki, tylko skoki. To się dla ciebie liczyło, nie ja. Do pewnego momentu byłam w stanie to znieść, ale nie później, wiesz?

                Nie zauważam, że pierwsze łzy zaczynają lecieć mi po policzkach, za to on chyba tak.

- Nie rozumiesz… - zaczyna się nieporadnie tłumaczyć, ale dla mnie to już nie ma znaczenia, momentalnie mu przerywam, by skończyć swoją wypowiedź.

- Potrzebowałam kogoś. Kogoś, kto mi pomoże,  a w tobie tego oparcia nie miałam, więc musiałam wyjechać razem z rodzicami, choć wcale nie byłam do tego zmuszona. Mogłam z powodzeniem zostać tu, w Niemczech, z ciotką. Ale wolałam uciec, bo dłużej bym tego po prostu nie zniosła. Miałam nadzieję, że w Polsce będzie lepiej, i tak się stało.

                Momentalnie przenoszę wzrok w końcu na jego osobę, ale równie szybko orientuję się, iż jest to wielki błąd, bo po prostu zaczynam płakać jeszcze bardziej, widząc , że swoimi słowami zadaję mu ból.

                Julka, weź się ogarnij. Przecież nigdy tak się nie rozklejałaś. No może z wyjątkiem tego, jak miałaś cztery latka, a matka wciskała w ciebie kaszkę manną, której już tak bardzo nienawidziłaś. Teraz jesteś już dorosłą kobietą, taką, która radzi sobie z przeciwnościami losu.

                Jednakże moje rozmyślania i łajanie siebie w myślach nic nie pomagają, wręcz przeciwnie.

                A niezawodne jak zawsze ramię pana Wellingera jest chętne do pocieszania płaczących niewiast.

                Nie jestem w stanie mu się wyrwać, więc koniec końców, ląduję przytulona do niego, przy okazji łzami mocząc mu koszulkę.

                I w pewnym momencie jest tak, jak kiedyś.
 
______________
Spieprzyłam, ja to wiem.
No.
I wesołych świąt, słoneczka moje ukochane! <3
A teraz lecę na skoki <3
 

sobota, 14 grudnia 2013

3. "A skoro los był już tak uprzejmy..."


- Skąd on niby wie, że ja tu jestem do cholery?!

                Moje wrzaski słychać już w całym domu a i w hotelu pewnie też, jednak mało mnie to w tej chwili obchodzi. Ten człowiek odwiedził mnie jakieś dwadzieścia cztery godziny temu, ale ja nadal jestem w stanie wielkiego „uniesienia nerwowego”, jak dobitnie określam stan, w którym trafia mnie jasny szlag.

                Bo jakże tu nie pobudzić swych nerwów, kiedy ciotunia stoi sobie i z kamienną twarzą spogląda na mnie, a nie zwraca najmniejszej uwagi na to, co robi to niedorozwinięte dziecko, które bawi się  - Chryste ratuj! – jej własną podpaską?

                Szkoda, że jeszcze prezerwatyw nie znalazło. Zabawka byłaby idealna.

- Julka, uspokój się. Pewnie ktoś cię zobaczył i mu powiedział.

                Prycham zdegustowana pod nosem, bo jakoś nie chce mi się w to wierzyć.

- Nikt by mnie nie rozpoznał. – tłumaczę, jednak sarkazmu w moim głosie nie jestem w stanie ukryć, co raczej wychodzi mi tylko na dobre, bo ciotunia przynajmniej marszczy brwi, więc żegnaj kamienna twarzo! Wypierdalaj i nigdy więcej nie wracaj!

                Jednakże kobieta nie odzywa się więcej do mnie ani słowem, a ja uznaję to za znak, iż rozmowa dobiegła ku definitywnemu końcowi, więc najzwyczajniej w świecie wychodzę z pokoju, trzaskając przy okazji drzwiami. A tak jakoś  - dla większej dramaturgii.

                Za recepcją jak zwykle siedzi Michael. Uśmiecham się pod nosem, widząc jak bardzo jest zapracowany, bo wiem, że nie zostało już nic, do czego byłabym przydatna, tudzież  jednym zgrabnym ruchem wskakuję  na moje stałe, ukochane miejsce. Chłopak podnosi na mnie na chwilę wzrok, a za moment z powrotem wraca do obowiązków.

                Mija minuta, potem trzecia, ósma, dziesiąta, dwudziesta.

                A dzieje się dokładnie: nic.

- Michaeeeel – celowo przeciągam samogłoskę „e”, by zwrócić jego uwagę – nudzi mi się.

-  To mi pomóż.

                Człowieku… czy ty nie widzisz żadnej logiki? Doprawdy… mózgi mężczyzn trzeba nastawiać niczym zegarki. Przecież ja ci po prostu nie chcę przeszkadzać. Radziłeś sobie beze mnie, to poradzisz sobie i teraz. Ja tu jestem całkiem zbędna.

-Jak już zacząłeś, to sam sobie skończ. Co mogę porobić tak, żeby nie ruszać się z miejsca?

                Chłopak wzdycha ciężko i byle jak rzuca:

- Pośpiewaj.

                Uśmiecham się szeroko, ale momentalnie zaczynam zastanawiać się nad repertuarem, który mogłabym zaprezentować gościom hotelu, którzy znajdowali się nieopodal (a kilku ich było). Postanawiam uraczyć ich już nieco starym hitem polskiej części Internetu.

- Ty będziesz moja, ja będę Twój, razem będziemy wywalać gnój! …

- Julia!

- Różowąą taaczkę… - kończę zbyt wczesną puentą, omijając przy okazji kilka słów, bo oczywiście ciotka musiała pojawić się w najmniej oczekiwanym momencie.

                Już nawet nie muszę starać się, by zatuszować fakt, iż nie robię kompletnie nic, bo i tak by się to nie udało. Powinnam właśnie udawać wielką skruchę i przeprosić, prawda? No wiem, wiem, ale cholerka - nie potrafię.

- Przecież i tak nie zrozumieli! – tłumaczę się po polsku, a ta pokraka, która jest ponoć ze mną spokrewniona, tylko kręci załamana głową i wchodzi do kuchni. Odwracam się w stronę Michaela, który jest wyraźnie zainteresowany całą sytuacją.

- O czym to było? – pyta, a ja domyślam się, że zapewne chodzi mu o piosenkę.

                Uśmiecham się chytrze, ale odpowiadam ze stoickim spokojem:

- O pewnej parze, która nie miała pieniędzy i musiała bardzo ciężko pracować w warunkach niemal ekstremalnych. Ale wiesz, że się opłacało? Bo później kupili sobie wymarzony pojazd i byli naprawdę szczęśliwi.

                Ku mojemu zaskoczeniu, chłopak kiwa głową i całkowicie poważnie odpowiada:

- Piękny i wartościowy tekst. Dobre piosenki u was tworzą.

                Nim wybucham śmiechem, ponownie obok pojawia się ciotunia, która nie ma zbyt zadowolonej miny, gdyż pewnie słyszała, jaki kit wcisnęłam temu biednemu pracusiowi.

- Julka, uciekaj. Masz wolne na dziś. Najlepiej odetchnij świeżym powietrzem i przewietrz sobie mózg.

                Na całe szczęście słowa te wypowiada tak, by nikt oprócz nas ich nie zrozumiał, ale nie zastanawiam się nad tym fartem zbyt długo, bo zostaję niemal wypchnięta za drzwi hotelu. Prycham zdegustowana pod nosem.

                Jednakże dochodzę do wniosku, iż może dobrze się stało. Przejdę się, zobaczę jak zmieniła się okolica.

                I nawet staram się być bardzo spokojna, gdy już po wykonaniu pierwszych dwudziestu kroków, widzę tego człowieko  - debila, który wczoraj próbował molestować mnie seksualnie.

                Unoszę głowę wysoko do góry. Niczym księżniczka, która patrzy na zwykłego żebraka (że trochę wyższego od niej, to inna sprawa. No dobra, trochę więcej niż trochę.) i wymijam go bez ani jednego słowa czy zaszczytnego spojrzenia. Wróć – na pewno bym to zrobiła, gdyby nie stanął przede mną, a ja nie walnęłabym prosto w jego wielką (ba! Wręcz gigantyczną!) osobę.

- Odsuń się i mnie nie denerwuj – mówię, choć doskonale wiem, że mnie nie trzyma, więc równie dobrze, mogłabym być już kilka metrów od niego, a mimo to nadal stoję.  

To wyprowadza mnie z równowagi na dobre, ale on robi to jeszcze dobitniej, ponieważ zaczyna mówić:

- Nie mam zamiaru iść, ponieważ chciałem z tobą porozmawiać, a skoro los był już tak uprzejmy, że nie musiałem męczyć nóg by dojść do hotelu…

- Zamknij się. – warczę i wymijam go najdostojniej jak tylko potrafię, choć dostojność tą jestem zmuszona połączyć z szybkością, co niekoniecznie idzie ze sobą w parze, wskutek czego już drugi raz w jego obecności tracę równowagę, a on – również raz już drugi – ratuje mnie przed upadkiem.

- Zabieraj ode mnie te łapska! – mówię, kiedy już stoję stabilnie na ziemi, jednak Andreas oczywiście tego nie robi. Ot – nowość. Przez ten czas, gdy się nie widzieliśmy, wyraźnie ogłuchł.  Śmieję się w duchu z jego niepełnosprawności.

- Zabiorę, jak obiecasz, że nie uciekniesz i ze mną porozmawiasz.

                Patrzę na niego spod byka. Jeszcze tego mi brakowało teraz do szczęścia. Rozmowy. Z nim.

                Jednak, gdy patrzę na jego palce, które silnie ściskają mnie za nadgarstek, dochodzę do wniosku, że muszę się zgodzić, bo w przeciwnym wypadku padnę trupem na środku willingeńskiego chodnika, gdyż krew – najzwyczajniej w świecie – przestanie krążyć w moim ciele.

                Wzdycham tak ciężko, jak tylko potrafię.

_________________________________

Jaki ja mam talent do schrzaniania rozdziałów...
Ale tak postanowiłam go dziś napisać. Bo musiałam sobie trochę humor poprawić. No ale bez przesady. W TAKICH warunkach go puścić?! Ja nadal nie ochłonęłam, a ile przekleństw w kierunku osób wiadomych poleciało - nie zliczę.
W każdym bądź razie - już niedługo święta.  I sobie odpocznę. I może będę miała czas na skończenie tego, bo jakoś na styczeń planuję nowość. Ale takim priorytetem właśnie na tą przerwę jest co? Otóż Wojtek. Bo to opowiadanie jest dla mnie niemal wszystkim i nie mogę tak go po prostu zostawić, wiecie? No jasne - kto czyta, ten wie.
A tak w ogóle to mam dość. Jutro mam zaplanowany dzień tylko na historię i francuski. Rano hista, mój kochany język i testy maturalne później. Rozprawka z historii, rozumiecie? Ja... no dobra. I 20 kartek zadań maturalnych z fakultetów o średniowieczu. I we wtorek kartkówka, a w środę klasówka (gdzie logika?).
No mniejsza. Wiedzcie, że o wszystkich Waszych nowościach wiem i pamiętam, ale nie wszystkie przez te dwa tygodnie miałam i będę mieć czas ogarnąć. Ale już w święta. Obiecuję.
Ach no tak... przecież na święta mam "Lalkę" do przeczytania... Dobra. Blogi istotniejsze <3
Kocham Was, wiecie?
Dobra, kończę, bo moja Weli wspina mi się na rozstawioną choinkę i właśnie jest na samym czubku. Nigdy nie zrozumiem logiki tego kota.
Buziaki! :*

niedziela, 1 grudnia 2013

2. "Dlatego, że mnie pan obmacuje."


Okazuje się, że muszę z nim pracować. Choć tak szczerze, to za dużo powiedziane, gdyż Michael (bo tak na imię ma ten jegomość) też jest kimś w rodzaju stażysty, z tą różnicą, że niemieckim.

                No bo jakże to by mogło być inaczej.

                Dobrze, że chłopak jest niezwykle uczynny, gdyż przynajmniej robi wszystko za mnie, co jest mi na rękę (oczywiście jak cioteczka nie widzi, bo inaczej miałabym malutkie kłopoty). Ja natomiast zazwyczaj siedzę sobie wygodnie na recepcji i z uśmiechem witam gości, bo przecież coś im się od życia należy, prawda?

                Właśnie – odnośnie gości to trochę ich jest, bo przecież ciociunia Marysia jak już zaczyna robić jakiś interes to na całego, więc hotel – o zgrozo! – jest bardzo obleganym miejscem.

                Jakby było co oglądać.

                Dziś też siedzę sobie wygodnie, machając nogami, przy okazji pozwalając, by żółte sznurowadło od mojego trampka się rozwiązało. Jedyne za co jestem wdzięczna tej kobiecie to właśnie za fakt, iż nie musimy nosić żadnych dziwacznych fartuszków czy Bóg wie jeszcze czego podczas naszej „służby”.

                Michael natomiast uwija się jak mrówka w ukropie, próbując wypełnić wszystkie obowiązki – zarówno swoje jak i po prostu moje. Wiem, wiem – nie powinnam tak go wykorzystywać, ale co miałam zrobić z fantem, że znalazłam takiego miłosiernego kolegę? No właśnie, odpowiedź na to pytanie nasuwa się sama.

                W końcu nadciąga moment przerwy. Zeskakuję na ziemię, a następnie zasiadam na wielkim, wygodnym fotelu za kontuarem. Uśmiecham się najładniej jak potrafię do hotelowego kucharza, który już zmierza w naszym kierunku z jakąś apetyczną potrawą. Nie mylę się. Aż mi ślinka do ust nacieka, gdy wyczuwam niesamowity zapach gulaszu z jakimś nieznanym mi dodatkiem.

                Nim się orientuję, zabieram się za pałaszowanie zawartości mojego talerza, a po chwili dołącza do mnie Michael.

                Przez krótki moment panuje miedzy nami kompletna cisza, którą chłopak decyduje się w końcu przerwać, zadając niezwykle niefortunne pytanie.

                Pytanie, którego miałam nadzieje nigdy nie usłyszeć.

- Dlaczego wyjechaliście z Niemiec?

                Mało brakuje, a kawałek jedzenia stałby mi w gardle, ale jakimś cudem go połykam, niemniej nie odpowiadam od razu. Muszę się zastanowić nad tym, co mogę powiedzieć.

                Biorę głęboki wdech.

- Zmarł mój dziadek, który mieszkał w Polsce. Rodzice otrzymali po nim dużą firmę. – po tych słowach wzruszam ramionami, jakby to było coś całkowicie normalnego. Inna sprawa, że nie mówię mu do końca prawdy i nigdy tego nie zrobię.

- A dlaczego w ogóle znalazłaś się w Niemczech? Przecież jesteś Polką.

                Boże… coś ty taki dociekliwy? Nie słyszałeś, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła?

                Patrzę przez moment tylko w swój prawie pusty talerz, przesuwając widelcem kawałek grzyba.  Muszę odpowiedzieć, tylko nie wiem jak. Postanawiam zrobić to najprościej jak się da.

- Bo tu była klinika. Mój tata potrzebował operacji. Później rehabilitacja, a następnie…  - ponownie wzruszam ramionami, by ukryć widoczne pewnie na pierwszy rzut oka zdenerwowanie – jakoś tak samo wyszło, że zostaliśmy.

                Przez chwilę Michael nie mówi nic, a ja zaczynam się cieszyć,  bo na pewno już o nic nie spyta. Mylę się.

- Na milion procent masz tu jakiś znajomych. Nie chcesz się z nimi spotkać? Odnowić starych więzi?

                Po tych słowach czuję się tak, jakby ktoś walnął mnie obuchem w łeb. Bo to jest właśnie najgorsze – to ciągłe rozpamiętywanie, które i tak przecież nic nie da.

                Jednak ktoś przybywa mi z odsieczą, bo w całym pomieszczeniu da się słyszeć głośny, niemal kłujący w uszy głos dzwoneczka, który oświadcza, iż mamy kolejnego gościa. Powoli podnoszę się z miejsca, wyraźnie sygnalizując, iż obsłużę klienta, a zarazem niekoniecznie chcę opowiedzieć na zadane pytanie, jednak gdy tylko unoszę głowę by zidentyfikować przybyłego, widelec wypada mi  dłoni i z głuchym łoskotem upada na ziemię.

                Nie. To nie może być prawda. Na pewno do tego gulaszu były dołożone grzybki halucynogenne.  Julka, opanuj się, spokojnie, dziewczyno – to tylko wytwór twego pojebanego mózgu, nic więcej.

                Jednak straszna mara przemawia i wtedy nabieram pewności, że jest jak najbardziej prawdziwa.

- Cześć.

                Czuję, iż nogi drżą pode mną niczym galareta, ale nie z przejęcia czy coś, ale ze złości. Czystej, perfidnej i niewyobrażalnej.  Zaciskam mocniej zęby, siłując się na w miarę normalny ton głosu.

- Michael, obsłuż pana.

                Chcę go wyminąć, po prostu gdzieś się zaszyć. I już prawie ta sztuka mi się udaje, jestem na schodach prowadzących do zamieszkałej przez domowników części budynku, ale oczywiście ten nie daje za wygraną.

                No tak – zawsze był uparty. To nas poróżniło przed laty.

- Julka, zaczekaj.

                A niech się wypcha. Jeszcze tego brakowało, żebym się go posłuchała. Przyspieszam kroku, ale oczywiście to nic nie pomaga, bo już po chwili słyszę jego kroki tuż za swoimi plecami. Przystaję, nabieram powietrza w płuca i gwałtownie się odwracam, przyjmując najbardziej obojętny wyraz twarzy, na jaki tylko mnie stać.

                Lustruję jego sylwetkę od stóp do głów.

                Zmężniał, wydoroślał, stał się przewyższającym mnie o jakie dwie głowy mężczyzną. Mimo tego patrzę przed siebie niezwykle odważnym wzrokiem, bo nie mogę okazać zdenerwowania.

- Tak? O co chodzi? – pytam niespodziewanie, czym wyraźnie go zaskakuję, bo na pewno nie jest gotowy na taki, a nie inny obrót spraw.

- Chciałem porozmawiać.

Udaję, ze nic a nic nie poruszają mnie wypowiedziane przez niego słowa, a żeby wzmocnić efekt robię smutną a zarazem przepraszającą minę.

- Niestety, nie mam teraz ani sekundy wolnego czasu, proszę zapisać się u mojej sekretarki na spotkanie, wtedy może się zastanowię.

                Po tych słowach odwracam się na pięcie, aby odejść, ale Andreas widocznie nie ma takiego zamiaru, bo łapie mnie za rękę wskutek czego tracę równowagę i ląduję prosto w ramionach chłopaka. Serce podchodzi mi do gardła, ale również nic nie daję po sobie poznać.

- Proszę mnie puścić – mamroczę – Bo zadzwonię na policję.

                Jednak on wybucha śmiechem.

- Ciekawe na jakiej podstawie, co? Za to, że właśnie uratowałem ci życie?

                Prycham pod nosem, a następnie wymyślam pierwszą lepszą odpowiedź, która przychodzi mi do głowy:

- Dlatego, że mnie pan obmacuje.

                I nie czekając na jakąkolwiek reakcję z jego strony, po prostu uwalniam się z nieco rozluźnionego uścisku i nawet nie odwracam się w jego stronę, po prostu odchodzę.

                Tylko z daleka słyszę cicho  - tak żebym pewnie nie dosłyszała - wypowiedziane słowa.

- Coś ty zrobiła z włosami…

                Nonszalancko odrzucam swoje kudły na plecy, by jeszcze bardziej je wyeksponować. Wróć. Raczej po to, by go mocniej wkurwić.
 
____________________________
Patrzcie jak mnie wena dopadła. Wczoraj w godzinkę rozdzialik księciunia (choć nieudany, to fakt), a dziś nasza różowowłosa.
 

czwartek, 28 listopada 2013

1. "Fajne włosy. Różowe."


Nadchodzą w końcu te wakacje, choć jeśli o mnie chodzi, to w sumie są one w tym roku kompletnie niepotrzebne. Bo obiektywnie rzecz ujmując, będą zmarnowane.

                Jadę tam. Miałam nigdy więcej nie wystawić chociażby paznokcia za niemiecką granicę, a przecież teraz patrzę na wielki transparent, na którym znajduje się skocznia narciarska, a nad nią wielki, zielonkawy napis witający każdego, kto przyjeżdża do Willingen. Aż mnie mrozi na sam jego widok. No może nie dosłownie transparentu, ale tego obiektu zainteresowania każdego małolata w tejże okolicy – na pewno. Mrużę przemęczone oczy, ale głupie słońce wraz świeci prosto we mnie, więc jednym zgrabnym ruchem popycham moje okulary przeciwsłoneczne w grubych, czarnych oprawkach tak, by z czubka głowy wylądowały dokładnie na nosie.

                Nie patrzę na ciotkę. Jakoś nie mam ochoty tego robić, ale – o ironio! – ona nie przestaje gderać o: słodkości swojego pięcioletniego synka, którego pamiętam jako wielką, beczącą, różową kluchę,  tym ile mleka dają jej dwie nowe krowy (odmiana alpejska ponoć), a nawet coś tam wspomina o tym hotelu,  w którym będę pracować, choć niewiele mnie to interesuje, bo przecież jeśli chodzi o staż, to się sama wszystkiego dowiem. Prędzej czy później… Oto jest pytanie. Ha! Zaleciało zapachem mego zgniłego uwielbienia do twórczości szekspirowskiej, prawda? Wróć – do jakiejkolwiek literatury?

                W każdym bądź razie cioteczka podejmuje nowy temat – całkowicie różny od tych poprzednich.  Krzywię się już w momencie, gdy otwiera usta, ale przecież jej nie zaknebluję, więc tylko siedzę i patrzę na znajome widoki z dzieciństwa, bo wiem, że zaraz dojedziemy na miejsce i będę mogła po prostu gdzieś się zaszyć oraz mieć święty spokój.

- Odnowisz stare znajomości.

                Nie wiesz, kobieto, co mówisz.

- Przypomnisz sobie dawne czasy.

                Och proszę cię, przestań. Błagam. Nie mam zamiaru niczego odnawiać ani sobie przypominać.

- Nie mam tutaj żadnych znajomych. – mówię nieco przygaszonym głosem, ale momentalnie uświadamiam sobie, że to nieco do mnie niepodobne, więc udaję nagłą chrypę a chwilę później atak kaszlu by moją zdawkową wypowiedź ciotunia uznała za coś w rodzaju choroby, a że miałaby być ona szybsza aniżeli gepard (czy cholera tam wie, co jeszcze ), to co to niby zmienia?

                No właśnie, więc myśl sobie kobieto, co ci się chcesz, tylko po prostu przestań mówić.

                Jestem tak pochłonięta przeklinaniem w myślach w jej kierunku, że nawet nie zauważam, kiedy samochód gaśnie, a silnik przestaje pracować. Uświadamiam sobie to dopiero w chwili, gdy ciotka otwiera drzwi i wychodzi z pojazdu. Biorę głęboki wdech, bo nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zrobić to samo.

                Cieszę się, że na oczach mam okulary przeciwsłoneczne, bo czuję w nich zbierające się łzy, które bynajmniej nie są powodowane oślepiającymi promieniami.  Nie.

                Cholerne wspomnienia.

 

*

                Rozpakowuję  się. I nawet doprowadzam do jakiegoś ładu. Mam nadzieję, że nie straszę wyglądem, ale w sumie, w tej chwili, mi to bez większej różnicy.

                Schodzę z mojego „pokoju” na dół, ale nie czeka mnie miły widok. Który raz już dzisiaj muszę się skrzywić? W każdym bądź razie to robię, bo widok tego dziecka mnie dobija. Jak można tak upieprzyć się czekoladą? No mniejsza o to. Pozostaje mi się tylko cieszyć, że to nie ja jestem w skórze tego małego idioty.

                Cioteczka już na mnie czeka uśmiechnięta od ucha do ucha jakby wygrała jakiś milion na loterii, a nie mnie. Cóż – głupiego mądrości nie nauczysz, człowieku, więc nie powinnam się raczej nawet wysilać, więc przybieram całkowicie obojętną minę, poczym po prostu ją wymijam.

                Wiem, że pójdzie za mną. W końcu ma pokazać mi tą część ogromnego domu, którą trzy lata temu przerobiła na hotel.

 

*

                Wiem, wiem, wiem. Jestem zbyt pewna siebie, a na dodatek pyskata i często wprost arogancka, ale czy to moja wina do jasnej cholery? Oczywiście, że nie. Pretensje tu proszę składać do moich genialnych rodziców, którzy podczas robienia mnie chyba byli pod wpływem. W każdym bądź razie wydaje mi się, że zaskoczyłam pewnego jegomościa i to dosyć mocno.

                Dobra. Przyznaję się, że w pierwszej chwili nawet go nie zauważyłam, bo był skulony za recepcją, gdyż czegoś sobie tam szukał. Zobaczyłam go z naręczem jakiś papierów, które już po chwili wylądowały na ziemi.

                Kolor włosów?

Blond. Ciemny.

Wróć.

                 Raczej jasna mysz hodowlana.

                Oczy?

                Bliżej nieokreślone z mojego punktu widzenia, więc wnioskuję, iż nijakie.

                Nim ciotka przekracza próg hotelu, by nas sobie przedstawić, on uśmiecha się do mnie szeroko, ukazując rząd białych zębów, a później mówi coś, co daje mi podstawy do jego natychmiastowego polubienia.

- Fajne włosy. Różowe.

                Już nie koryguję sprawy odnośnie konkretnego odcienia, wydaje mi się to zbędne.

                Po prostu odwzajemniam uśmiech.

 
___________________________
Wspominałam już słoneczka, że opowiadanie to będzie krótkie i szybkie?
No więc jakby coś teraz to mówię, żeby nie było, że z akcją lecę jak jakąś rakietą kosmiczną.
Buziaki! :*